• I?

    La Gomera - właściwie nie do końca wiadomo co o niej sądzić. Kiedy tam przypłynęliśmy zszokowała nas, bo chyba czego innego się spodziewaliśmy. Na pewno nie takiej pustki i spokoju. Przez pierwsze dni chodziłam jak we śnie, bo czułam się jak w totalnie innym, oderwanym od rzeczywistości świecie. W zasadzie przez cały pobyt musiałam się szczypać w rękę, żeby poczuć, że nie śnię. I nawet jeszcze wsiadając na prom, opuszczając wyspę po ośmiodniowym pobycie, nie umiałam się do niej ustosunkować.

    A teraz? Teraz mogę powiedzieć tylko jedno:

    Jest super, super, super! I podobała mi się straszliwie!

    Za nic nie poleciłabym jej nikomu na tzw. wakacje życia, ani też osobom marzącym o 5-cio gwiazdkowym hotelu, ofercie All Inclusive i wszelkiego typu rozrywkach.
    Jest natomiast perfekcyjna dla tych co uwielbiają chodzić i stykać się z przyrodą. Szlaków jest tu w bród, i co jeden to fajniejszy. Do tego stare, świetnie zachowane lasy i przepiękne widoki.

    No i te trzy wyspy wokoło! Żyć, nie umierać :)

    To, co na początku tak bardzo mnie zaskoczyło zyskało w moich oczach w trochę późniejszym czasie. Że jest tu tak niewiele wiosek, że jest tak spokojnie, że nie ma takiego super-turystycznego miejsca, że ludzie są tacy a nie inni, że…

    Ale to wszystko do siebie pasuje, jest tak fantastycznie spójne i tworzy tak niepowtarzalny klimat… Nawet nie wiesz kiedy ta harmonia całkowicie cię pochłania i stajesz się “więźniem” wyspy.

    I nie ma rady - zawsze już tu będziesz wracać :)



    Tags: , , ,

  • W zasadzie podczas naszej bytności na Gomerze poznaliśmy ją wszerz i wzdłuż, byliśmy właściwie wszędzie. Oprócz..

    Los Organos, czyli takie fantastycznie uformowane skały, które wyglądają jak ogromne organy. No, strasznie żałuję, że nie widziałam, ale..
    Problem w tym, że są widoczne tylko i wyłącznie od strony morza. Chętnie bym popłynęła, tyle, że jedyne wycieczki jakie w tamtą stronę są to “wielorybowe wyprawy” na cały dzień, z żarciem, połowami itp. i “Ewentualnie, Jeśli morze pozwoli” to dopływa się do organów. No to taka mnie nie satysfakcjonowała :)

    Ale nic straconego. I tak jeszcze tam wrócimy, bo musimy obejrzeć nasz Tunel, więc i przy okazji pewnie spróbujemy i Organy zaliczyć :)



    Tags: , , , ,

  • W stolicy Gomery byliśmy w sumie ze trzy razy, ale najlepiej ją poznaliśmy chyba na samym końcu, kiedy to spędziliśmy tam kilka godzin czekając na prom na La Palmę.

    Miasteczko nie jest zbyt wielkie, także niewiele czasu potrzeba na obejrzenie jego najciekawszych miejsc. My rozpoczęliśmy naszą trasę dla zwiedzających z portu.

    San Sebastian ma dwie plaże, po obu stronach portu. Jako, że jedną z nich ciągle mijaliśmy, poszliśmy zobaczyć tę drugą, czyli Playa de la Cueva. Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że trzeba było na nią przejść przez tunel. Czy raczej powinnam powiedzieć: przez miejską łazienkę. Brr! Do tej pory jak o tym pomyślę to mi się nos zatyka ze strachu przed wdechem! :)
    Sama plażyczka owszem zgrabna, do tego niewielki mirador z widokiem na całą zatokę, w której rozgościło się miasto.
    Powrót z niej niestety tym samym tunelem. Tym razem pokonaliśmy go biegiem :)

    Co dalej? Poszliśmy wzdłuż portowego nabrzeża i doszliśmy tym sposobem do bardzo klimatycznych placyków. Zacienione przez drzewa, dookoła knajpki, w których naprawdę miło zasiąść na kawkę.

    Prosto z placu trafiliśmy do parku, gdzie na samym środku stoi sobie ceglana wieża (koloru nie cegły :) ), najstarsza budowla - Torre del Conde. Niestety zamknięta i nie da się do niej wejść :(

    Potem poszliśmy już połazić po sąsiednich uliczkach. I tak trafiliśmy na Casa de Colon. Mieliśmy niezły ubaw, bo akurat odbywał się tam Doskonały Pokaz :) A mianowicie otaczała go wycieczka polskich turystów. Oczywiście to samo w sobie nie wydało by się nam wcale zabawne, no bo niby czemu, ale..
    Trzeba zacząć od tego, że zabytek ten był zamknięty. Ale to nie przeszkodziło naszym turystom uwiecznić go. No tak, w tym też nic dziwnego, raczej dosyć normalne. Ale..
    Ale każdy z nich, a było ich conajmniej dwadzieścia osób, urządzało sobie sesję zdjęciową z drzwiami i tablicą informacyjną! A, i z klamką, za którą jakoby mieli pociągnąć aby wejść. Tłoczyli się w tej kolejce, ustawiali, pozowali, jakby nie-wiadomo-co to było. Pewnie nawet nie wiedzieli za bardzo o co chodzi z tym domem, tylko przewodnik powiedział, że trzeba zobaczyć to przyszli.

    Okey, jestem trochę zgryźliwa, a być może i niesprawiedliwa. Ale trochę to takie płytkie - pstrykać się z drzwiami wejściowymi jakiegoś nie do końca fajnie wyglądającego domu, ale nie przejść 5 metrów dalej, gdzie stoi zajebisty, stary i naprawdę warty obejrzenia zabytkowy kościółek (Ermita de San Sebastian).

    Koniec narzekania :)

    Jeśli chodzi o zabytki to jest tu jeszcze kościól de la Asuncion, ale remontowany, więc nie da się obejrzeć. I kilka muzeów, ale jak byliśmy to wszystkie były zamknięte.
    I chyba z ciekawszych rzeczy byłoby to na tyle :)

    Resztę czasu, jaka nam pozostała do promu spędziliśmy snując się uliczkami, przesiadując w knajpkach na kawie (ale ile tej kawy można pić?) i wymyślając jakieś absurdalne miejsca, gdzie jeszcze można pójść :)

    A potem?

    Potem nadeszła ta Szczęśliwa Godzina odjazdu. I, z niewielkim oddechem ulgi, pofatygowaliśmy się zaboardować na statek.
    I z uśmiechem na ustach (i białą chusteczką w dłoni ;) ) pożegnaliśmy brzeg Gomery..



    Tags: , , , , , , , ,

  • W przeddzień, a w zasadzie w przed-wieczór naszego wyjazdu z wyspy w naszym pokoiku pojawił się.. Gekonek.

    Znaleźliśmy go na ścianie, jak słodko sobie siedział. I oczywiście od razu zrobiliśmy mu sesję zdjęciową :) Trochę nam żal było biedaka, bo na pewno flesz go nieco zestresował, ale on był taaaaaaaak piękny, że nie mogliśmy się powstrzymać :)

    I takie miał śliczne oczka!

    I łapki!

    Ale sami zobaczcie, poniżej jego fotka:

    gomerski gekonek

    PS. Niestety rano już go nie było :(



    Tags: , , , ,

  • Na tych kanarach to ja kiedyś zwariuję chyba. Gdzie się nie obejrzę to mam jakieś Deja Vu. Albo oni nie mieli pomysłu przy nadawaniu nazw i pisaniu historii, albo na każdej wyspie działo się dokładnie to samo…

    No więc:

    Jak to turystom przystało, tak i nam się włączyła chęć wysyłania pocztówek z wakacji. Łaziliśmy więc po sklepach i wybieraliśmy najpiękniejsze widoczki. I ciągle pośród nich natykaliśmy się na foto takiej płaskiej góry. W końcu dotarło do nas, że chyba jakaś taka znana tu jest i postanowiliśmy sprawdzić Co to za góra.
    Otóż okazało się, że góra zwie się la Fortaleza i była ostatnim miejscem gdzie bronili się gomerianie zanim zostali pokonani przez hiszpańskie siły. Nic by nie było w tym dziwnego, gdyby nie fakt, że na Gran Canarii, na której sobie mieszkamy, jest Również słynna góra, Również nazywa się Fortaleza, i Również była ostatnią zdobytą twierdzą przed poddaniem wyspy..
    Deja vu? ;)

    Jakby tego było mało - na obu wyspach znaleźliśmy Casa de Colon (Dom Kolumba). Na obu oczywiście jest to bardzo ważny zabytek, bardzo ważna pamiątka przeszłości. Sęk w tym, że na obu istnieje również dokładnie taka sama historia go dotycząca.
    A mianowicie: wg przekazów ostatnim przystankiem Kolumba przed jego słynną wyprawą ku odkryciu Ameryki miała być wyspa - oczywiście każda: i Gomera i Gran Canaria podają, jakoby one były Tą wyspą właśnie. Miał na niej przenocować nieco oraz pomodlić w kościele. Pytanie - jak dwie na raz mogły być ostatnimi na jego trasie? No i do tego na każdej z nich jest pamiątkowy dom i nakościelna tabliczka.

    No i teraz bądź tu człowieku mądry i zgaduj O co wogóle chodzi? ;)

    PS. Doczytałam się jeszcze, że Casa de Colon na Gomerze została wybudowana długo po śmierci Kolumba. Pozostawiam bez komentarza :)



    Tags: , , , , , ,

  • W czasie naszych wycieczek na naszej trasie przewinęło się mnóstwo miradorów i miejsc, gdzie można przyparkować i rozejrzeć się wokoło sycąc wzrok pięknym widokiem. O niektórych już zdążyłam wspomnieć, ale pozostało jeszcze kilka, o które można zahaczyć. Oczywiście nic nie przebije widoku ze szczytu Garajonay, przynajmniej dla mnie, jednak każdy z nich pokazuje co innego i czym innym zachwycić sie można :)

    Tak więc może na pierwszy rzut mirador Los Roques, przy drodze pomiędzy San Sebastian, w okolicach skrętu na Hermigua (czyli niedaleko lasów El Cedro). Możemy stąd zobaczyć w całej okazałości cztery charakterystyczne gomerskie wzniesienia: Agando, Zarcita, Ojila i Carmona, leżące w dole wąwozy, otaczający ocean. I oczywiście wszechobecną Teneryfę :) .

    Kolejne dwa punkty znajdują się w pobliżu Valle Gran Rey. Przy jednym z nich mieści się również restauracja. Właściwie nie powinnam ich rozdzielać, bowiem i mirador i restauracja tworzą jedną, zwartą całość i są dziełem jednego człowieka, a mianowicie pana Cesara Manrique. Pan ten jakoś mnie ciągle prześladuje i gdzie się nie obejrzę czy nie pojadę, tam natykam się na jakiś jego twór :) Sam mirador faktycznie urozmaicony, a widok na poniższą dolinę VGR prześliczny. Doskonale widać ten kościół na zakręcie i zielone tarasy upraw utworzone na zboczach gór. Widok jest naprawdę fantastyczny.

    Ostatni, o jakim chciałam napomknąć to Mirador de Santo w Arure. Zaciekawił nas już na początku, choć nie wiedzieliśmy wtedy, że to mirador. Jak się bowiem okazało z bliska, to co wzięliśmy za kamienny mostek łączący sąsiednie szczyty górskie, jest po prostu łukowym wejściem na punkt widokowy. Możemy stąd popodziwiać sobie leżącą w dolę wioskę Taguluche, otaczające górki, a jak zechce się nam przejść kawałek kamienną ścieżynką, to w najdalszym zakątku znajdziemy przytulony do skalnej ściany malutki kościółek. Oczywiście zamknięty na cztery spusty :)

    Zapewne tych fajnych miejsc było znacznie więcej, ale tyle mi najbardziej w głowie utkwiło :)



    Tags: , , , , , , ,

  • Szlak rozpoczyna się przy drodze z Los Roques do Hermigua. Tu mamy do wyboru dwie możliwości: albo pozostawić samochód na parkingu, albo wjechać nim ile się da w głąb lasu. My postanowiliśmy rozruszać nasze stare kości i wybraliśmy wariant pierwszy. Zaparkowaliśmy i zagłębiliśmy się w las.

    Droga była dość szeroka i równa (w końcu nadaje się dla samochodów!), toteż bardzo przyjemnie się nią szło. Lasy - zupełnie inne niż te w Las Creces. Laurowe. Tak - rosną tu sobie swobodnie laurowe liście! Znaczy na drzewach one rosną, nie w powietrzu :)

    Szliśmy sobie spacerowym kroczkiem, rozkoszując się miłym chłodkiem, jaki zapewniał nam lasek. Mijaliśmy znaki, rozwidlenia, czasem zamiast prostej drogi wybieraliśmy bardziej urozmaiconą ścieżkę na skróty. I tak coraz bardziej w dół.

    A gdzieś w dole, wg przewodnika, miał płynąć strumyczek…

    Doszliśmy już chyba na samo dno tej dolinki. No coś tam sobie szemrze niemrawo. Znaleźliśmy kamienny mostek, ale wody to się tam nie dopatrzyliśmy. Za to..

    Za to prawdziwa atrakcja tkwiła tuż za naszymi plecami! A był to.. Tunel! Taki kamienny, wydrążony w skale Tunel!

    Och, jak żeśmy piali z zachwytu jak go zobaczyliśmy! I, och, jak żeśmy głośno przeklinali, że w naszym ekwipunku nie ma latarki!! Grr..

    Próbowaliśmy wszystkiego - światełka z komórki, flesza z aparatu. Nic - tak kiepsko było widać, że musieliśmy sobie darować przeprawę tunelem. W końcu nie wiadomo było ani jaki on długi, ani czy nie ma jakiś niespodzianek po drodze :)

    Zasmuceni bardzo wygrzebaliśmy się na światło dzienne. Za to wpadliśmy na kolejny genialny pomysł. Bo skoro ten tunel ma tu Wejście - to gdzieś musi mieć Wyjście! Na szczęście był on oznaczony na naszej mapie, więc mniej więcej mogliśmy określić w którą stronę się udać.
    Niewiele myśląc - ruszyliśmy go szukać.

    Najpierw musieliśmy się wrócić, aż do tego pamiętnego rozstaju, gdzie zaczęliśmy iść dróżką na skróty. Czyli: cały czas pod górę. Po drodze zatrzymaliśmy się przy piknikowych stołach na małą przekąskę (czyt. na wszystko co mieliśmy w plecaku :) ). I tak - najedzeni i pełni nowych sił stanęliśmy na rozwidleniu dróg.

    Krótka chwila namysłu, czy na pewno chcemy szukać tego tunelu, i już sunęliśmy w dalszą drogę :) Typowa, leśna ścieżka prowadziła dalej i dalej. I niżej, coraz niżej. Przypomniało nam się to przeklęte drzewo (grrr), no ale to w końcu Tunel, więc przecież trzeba iść :) .

    Spacer był bardzo przyjemny. Wokół gęsty, pachnący, świeży las. Było dosyć wilgotno, więc trzeba było iść uważnie, bo podłoże było miejscami dość śliskie. My to wszystko przyjęliśmy pełnią zachwytów. Bo ileż to czasu już nie widzieliśmy ścieżynki pokrytej opadłymi liśćmi! I tyle zielonego na raz. I wszędzie te ogromne paprotki! I do tego ta urozmaicona droga!
    Wprost cudownie! Ochom i Achom nie było końca.

    Szliśmy, szliśmy, aż w końcu doszliśmy do znaku wskazującego na tunel. Już byliśmy bardzo blisko. I oczywiście bez problemu go znaleźliśmy. Z tej strony był przykryty roślinnością. I tak samo ponętny jak z tamtej strony..
    Buuu! I czemu nie mieliśmy tej przeklętej latarki? ;)

    Obiecaliśmy sobie, że szybko zakupimy ten niezbędny sprzęt i niezwłocznie tu wrócimy, żeby przejść się naszym Tunelkiem.
    I poszliśmy z powrotem, rzecz jasna już inną ścieżką, tą na którą wskazywał ten ostatni znak, czyli do głównej drogi.

    A przy głównej drodze wylądowaliśmy… tak “nieco” poniżej punktu, gdzie czekał na nas nasz pojazd. Mapa była nie do końca dokładna, więc trochę nieświadomi odległości (a tym bardziej wysokości) poczłapaliśmy pod górkę.

    Tym razem nie było tak miodowo. Nie dość, że droga wciąż pod górę, to jeszcze żar z nieba się tęgi lał i słońce radośnie przyświecało. Do tego, jak zawsze, nasze pokłady H2O zdążyły się skończyć, więc zaczynaliśmy cierpieć pomału na suchoty.
    Samochody przejeżdżały raz na jakiś czas. Zdesperowani nawet zamachaliśmy na kilka ale daliśmy sobie spokój, kiedy nas olały. Zatrzymała się za to taksówka. Pan chyba chciał zbić niezły biznes na nas, bo wymyślił sobie, że za 1 km pod górkę to on by chciał 10 Euro! No przewróciło mu się chyba w głowie od gorąca! A my Aż tak zmęczeni to nie byliśmy. Obśmialiśmy go więc, i z nowym pokładem sił, jakich nam pan niechcący dostarczył swoją propozycją, poszliśmy dalej.

    Szliśmy sobie i szliśmy. I szliśmy. Ledwo powłócząc nóżkami. Klnąc słodko pod nosem, a czasem i nie pod nosem. I w sumie to wcale nie słodko. Aż w końcu..

    Jeeest! Nasz samochodzik! Jest! Jest! Jest!

    Misio mój z wrażenia nawet nagrał Krótki Filmik O Odnalezieniu Parkingu. Pierwsze słowa to: “Tam (PIP) jest parking, (PIP) parking…”. Dokładnie nie cytuję, bo mi bloga ocenzurują ;)

    No, ale w końcu, zmęczeni aczkolwiek niepomiernie zadowoleni, rozsiedliśmy się w naszym pojeździe i pojechaliśmy w poszukiwaniu czegoś do picia :)



    Tags: , , , , , ,

  • Następnego dnia wstaliśmy skoro świt, pożyczyliśmy autko i ruszyliśmy na Objazd Wyspy Nr 2.

    Właściwie większość widzieliśmy już podczas pierwszej wycieczki, dlatego tym razem postanowiliśmy skupić się na szlakach pieszych, a jakby się nadarzyła taka okazja to zahaczyć również o miejsca, które ominęliśmy poprzednio. Chcieliśmy też przejazdem wstąpić do San Sebastian, żeby kupić sobie bilet na Prom.. na La Palmę tym razem ;)

    W moim cudownym przewodniku wypatrzyłam dwie ciekawe trasy. Pierwsza z nich to położone blisko nas, akurat na drodze do San Sebastian - Las Creces.

    Wyjechaliśmy wcześnie, więc wszędzie wokoło panowała cisza i spokój. Do tego słońce jeszcze nie prażyło zbyt mocno, a napewno nie robiło tego na naszej drodze, której większość przebyliśmy jadąc w chmurach.
    Zaparkowaliśmy na parkingu i weszliśmy na nasz Szlak.

    Las Creces - to jeden z najstarszych lasów na wyspie. I wchodząc do niego naprawdę się to czuje.
    Ogólnie atmosfera tego miejsca była niesamowita. Las pogrążony w półmroku, spływająca wszędzie mgła (tzn. chmury), wąska ścieżka, a wzdłuż niej wysokie, strasznie stare drzewa. Całe omurszałe, pokryte mchem, z gałęzi zwiesząją się długie liany i ogromne pajęczyny. Do tego pada z drzew!
    Więc idziesz sobie tą wąską ścieżką, wszędzie jest pusto i cicho, i ciemnawo. I czujesz się jak typowa bohater/ka horroru :)
    Super, naprawdę super!

    W ten sposób doszliśmy do polanki z drewnianymi stołami i grilami. Niestety w tej chwili są już nie używane, bowiem grilowanie tu zostało zabronione. A szkoda - bo miejsce przepiękne.

    Mieliśmy do wyboru: albo iść dalej jedną z kilku ścieżek, albo zawrócić. Zdecydowaliśmy się na to drugie, gdyż zależało nam by kupić ten bilet, a nie chcieliśmy żeby nam kasy pozamykali. Pospieszyliśmy zatem do samochodu.

    Jechaliśmy po bilety oczywiście na czuja, bo nigdzie nie było napisane w jakich godzinach otwarty jest punkt sprzedaży. I niestety nie trafiliśmy :) Nie zmartwiliśmy się tym zbytnio, bo przecież, jak stwierdziliśmy, “wszyscy na raz nie będą chcieli płynąć tym promem co my”. Po prostu pomyśleliśmy, że kupimy sobie bilet przed samą podróżą. A jak go nie dostaniemy - to już wtedy będziemy myśleć co dalej ;)

    I z tą myślą zawróciliśmy i podążyliśmy do szlaku Nr 2, czyli do lasów El Cedro.



    Tags: , , , , , ,

  • Ta “ciężka” przeprowadzka nie zajęła nam dużo czasu, ale minęło już południe i uznaliśmy, że nie ma sensu tego dnia pożyczać samochodu. Postanowiliśmy spędzić dzień w naszej dolince.

    Przeszliśmy tam i z powrotem. Trochę w górę, trochę w dół. Raz, drugi. I trzeci. I zaczęło nam się nieco nudzić, bo ileż to można łazić wciąż tą samą drogą?

    Z tych potwornych nudów najbardziej absurdalne pomysły przychodziły nam do głowy. I tak w pewnej chwili mój Misio stwierdził, że idzie na ryby.

    Nigdy tych ryb nie łowił. Ale czemu nie spróbować? Do tego w okolicy pełno takich miejsc przy wybrzeżu, gdzie pomiędzy skałkami potworzyły się spokojne maleńkie zatoczki, do których podczas przypływów wpadają nowe rybki, a podczas odpływów, jeśli nie zdążą uciec - zostają w nich uwięzione (w wersji optymistycznej - tylko do następnego przypływu ;) ).

    Nabyliśmy więc odpowiedni sprzęt, czyli w tym przypadku taki podbierak, czy jak się to nazywa. Taka siatka na motyle na kijku, duży kancerek ;)
    I poszliśmy na skałki w poszukiwaniu dogodnego miejsca.

    Miejsce numer 1 nie było zbyt szczęśliwe. Nic nie dało się wypatrzyć, aż zniecierpliwiony mój mąż postanowił zmienić cel połowu z ryb na kraby. Ale kraby okazywały się wciąż zbyt szybkie i spierdzielały z kamieni w oka mgnieniu.
    Po kilkudziesięciu nieudanych próbach mężuś stwirdził, że czas zmienić miejsce.

    Przeszliśmy na Playa del Ingles. Tam Misio stanął na czatach na przybrzeżnych skałkach i cierpliwie wypatrywał zwierzyny.

    I nagle słyszę jak woła: Jest! Jest! Chodź, sama zobacz!

    Biegnę więc przez pół plaży, o nogi się potykam pragnąc jak najszybciej zobaczyć sukces mojego Misiaczka.. Misio wyciąga podbierak i pokazuje mi swój Łup.
    Patrzę, a na samym dnie, upaprana w mule leży taka malusienieńka rybuchna :) Śliczna :)

    Oczywiście pogratulowałam Misiaczkowi połowu, uwieczniłam na Foto i już razem wpuściliśmy rybeczkę z powrotem do morza, żeby może trochę urosła :)

    Niestety połów musieliśmy zakończyć, bo podbierak nam się złamał :(



    Tags: , , , , ,

  • Jak już wspominałam wcześniej, nasze pierwsze noclegowe miejsce wynajęliśmy tylko na dni cztery, zmuszeni byliśmy wobec tego poszukać kolejnego.

    Jak zwykle więc na ostatnią chwilę, czyli w przeddzień wyprowadzki, zaczęliśmy zastanawiać się nad Nowym Lokum. Niekiedy udawało nam się znajdować nocleg poprzez Informacje Turystyczną. Niestety w tutejszej dysponowali jedynie katalogiem miejsc noclegowych.

    Postanowiliśmy, jak i za pierwszym razem, porozpytywać się to tu, to tam. Oczywiście na pierwszy rzut poszła nasza najbliższa okolica.

    Na poszukiwania ruszyliśmy praktycznie bezstresowo. Wszakże zawsze pozostawała nam Casa Maria ;)

    Początki nie były łatwe. Miejca na ful pozajmowane - w końcu Fiesta i wszyscy się zjeżdżają. Ale niczym nie zrażeni, powolutku szukaliśmy dalej. Przy okazji wstępowaliśmy do sklepików itp.

    No i poszłam ja tylko zanieść nasze zakupy do starego domku, wracam do mężusia, a on mi oznajmia, że oto Już pokoik znalazł. Szok! No zostawić go na pięć minut samego ;)

    Obejrzeliśmy, fajny nawet był, taki w starodawnym stylu, klimatyczny. Nie marudząc dalej zarezerwowaliśmy go sobie do końca naszego pobytu, czyli na kolejne dni cztery.

    Co do poprzedniego, to był okropny. I ciągle w nim śmierdziało kanalizacją, więc jak wychodziliśmy z niego rano, to wracaliśmy jak już było bardzo późno, bo trochę było w nim przez to nieprzyjemnie ;/ .

    Następnego dnia z ranka z radością zabraliśmy nasze bambetle z tego śmierdziucha i, już z trochę mniejszą, wtargaliśmy je na to trzecie piętro po tych kręconych schodach.
    Uffff.. Było ciężko :)

    Wogóle to zastanawialiśmy się, czy na tą wyspę przyjeżdżają Polacy, a jeśli tak - to co nimi kieruje, że wybierają to właśnie miejsce. Do tego momentu nie spotkaliśmy żadnego. Jednak już pierwszego dnia na nowej posesji, wdrapujemy się po schodach gromkimi głosami sobie rozprawiając, kiedy to zza drzwi rozlega się “Dzień Dobry”. Szok!

    Więcej Polaków nie spotkaliśmy :)



    Tags: , , , ,