W stolicy Gomery byliśmy w sumie ze trzy razy, ale najlepiej ją poznaliśmy chyba na samym końcu, kiedy to spędziliśmy tam kilka godzin czekając na prom na La Palmę.
Miasteczko nie jest zbyt wielkie, także niewiele czasu potrzeba na obejrzenie jego najciekawszych miejsc. My rozpoczęliśmy naszą trasę dla zwiedzających z portu.
San Sebastian ma dwie plaże, po obu stronach portu. Jako, że jedną z nich ciągle mijaliśmy, poszliśmy zobaczyć tę drugą, czyli Playa de la Cueva. Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że trzeba było na nią przejść przez tunel. Czy raczej powinnam powiedzieć: przez miejską łazienkę. Brr! Do tej pory jak o tym pomyślę to mi się nos zatyka ze strachu przed wdechem! ![]()
Sama plażyczka owszem zgrabna, do tego niewielki mirador z widokiem na całą zatokę, w której rozgościło się miasto.
Powrót z niej niestety tym samym tunelem. Tym razem pokonaliśmy go biegiem
Co dalej? Poszliśmy wzdłuż portowego nabrzeża i doszliśmy tym sposobem do bardzo klimatycznych placyków. Zacienione przez drzewa, dookoła knajpki, w których naprawdę miło zasiąść na kawkę.
Prosto z placu trafiliśmy do parku, gdzie na samym środku stoi sobie ceglana wieża (koloru nie cegły
), najstarsza budowla - Torre del Conde. Niestety zamknięta i nie da się do niej wejść
Potem poszliśmy już połazić po sąsiednich uliczkach. I tak trafiliśmy na Casa de Colon. Mieliśmy niezły ubaw, bo akurat odbywał się tam Doskonały Pokaz
A mianowicie otaczała go wycieczka polskich turystów. Oczywiście to samo w sobie nie wydało by się nam wcale zabawne, no bo niby czemu, ale..
Trzeba zacząć od tego, że zabytek ten był zamknięty. Ale to nie przeszkodziło naszym turystom uwiecznić go. No tak, w tym też nic dziwnego, raczej dosyć normalne. Ale..
Ale każdy z nich, a było ich conajmniej dwadzieścia osób, urządzało sobie sesję zdjęciową z drzwiami i tablicą informacyjną! A, i z klamką, za którą jakoby mieli pociągnąć aby wejść. Tłoczyli się w tej kolejce, ustawiali, pozowali, jakby nie-wiadomo-co to było. Pewnie nawet nie wiedzieli za bardzo o co chodzi z tym domem, tylko przewodnik powiedział, że trzeba zobaczyć to przyszli.
Okey, jestem trochę zgryźliwa, a być może i niesprawiedliwa. Ale trochę to takie płytkie - pstrykać się z drzwiami wejściowymi jakiegoś nie do końca fajnie wyglądającego domu, ale nie przejść 5 metrów dalej, gdzie stoi zajebisty, stary i naprawdę warty obejrzenia zabytkowy kościółek (Ermita de San Sebastian).
Koniec narzekania
Jeśli chodzi o zabytki to jest tu jeszcze kościól de la Asuncion, ale remontowany, więc nie da się obejrzeć. I kilka muzeów, ale jak byliśmy to wszystkie były zamknięte.
I chyba z ciekawszych rzeczy byłoby to na tyle
Resztę czasu, jaka nam pozostała do promu spędziliśmy snując się uliczkami, przesiadując w knajpkach na kawie (ale ile tej kawy można pić?) i wymyślając jakieś absurdalne miejsca, gdzie jeszcze można pójść
A potem?
Potem nadeszła ta Szczęśliwa Godzina odjazdu. I, z niewielkim oddechem ulgi, pofatygowaliśmy się zaboardować na statek.
I z uśmiechem na ustach (i białą chusteczką w dłoni
) pożegnaliśmy brzeg Gomery..





