• W zasadzie podczas naszej bytności na Gomerze poznaliśmy ją wszerz i wzdłuż, byliśmy właściwie wszędzie. Oprócz..

    Los Organos, czyli takie fantastycznie uformowane skały, które wyglądają jak ogromne organy. No, strasznie żałuję, że nie widziałam, ale..
    Problem w tym, że są widoczne tylko i wyłącznie od strony morza. Chętnie bym popłynęła, tyle, że jedyne wycieczki jakie w tamtą stronę są to “wielorybowe wyprawy” na cały dzień, z żarciem, połowami itp. i “Ewentualnie, Jeśli morze pozwoli” to dopływa się do organów. No to taka mnie nie satysfakcjonowała :)

    Ale nic straconego. I tak jeszcze tam wrócimy, bo musimy obejrzeć nasz Tunel, więc i przy okazji pewnie spróbujemy i Organy zaliczyć :)



    Tags: , , , ,

  • W stolicy Gomery byliśmy w sumie ze trzy razy, ale najlepiej ją poznaliśmy chyba na samym końcu, kiedy to spędziliśmy tam kilka godzin czekając na prom na La Palmę.

    Miasteczko nie jest zbyt wielkie, także niewiele czasu potrzeba na obejrzenie jego najciekawszych miejsc. My rozpoczęliśmy naszą trasę dla zwiedzających z portu.

    San Sebastian ma dwie plaże, po obu stronach portu. Jako, że jedną z nich ciągle mijaliśmy, poszliśmy zobaczyć tę drugą, czyli Playa de la Cueva. Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że trzeba było na nią przejść przez tunel. Czy raczej powinnam powiedzieć: przez miejską łazienkę. Brr! Do tej pory jak o tym pomyślę to mi się nos zatyka ze strachu przed wdechem! :)
    Sama plażyczka owszem zgrabna, do tego niewielki mirador z widokiem na całą zatokę, w której rozgościło się miasto.
    Powrót z niej niestety tym samym tunelem. Tym razem pokonaliśmy go biegiem :)

    Co dalej? Poszliśmy wzdłuż portowego nabrzeża i doszliśmy tym sposobem do bardzo klimatycznych placyków. Zacienione przez drzewa, dookoła knajpki, w których naprawdę miło zasiąść na kawkę.

    Prosto z placu trafiliśmy do parku, gdzie na samym środku stoi sobie ceglana wieża (koloru nie cegły :) ), najstarsza budowla - Torre del Conde. Niestety zamknięta i nie da się do niej wejść :(

    Potem poszliśmy już połazić po sąsiednich uliczkach. I tak trafiliśmy na Casa de Colon. Mieliśmy niezły ubaw, bo akurat odbywał się tam Doskonały Pokaz :) A mianowicie otaczała go wycieczka polskich turystów. Oczywiście to samo w sobie nie wydało by się nam wcale zabawne, no bo niby czemu, ale..
    Trzeba zacząć od tego, że zabytek ten był zamknięty. Ale to nie przeszkodziło naszym turystom uwiecznić go. No tak, w tym też nic dziwnego, raczej dosyć normalne. Ale..
    Ale każdy z nich, a było ich conajmniej dwadzieścia osób, urządzało sobie sesję zdjęciową z drzwiami i tablicą informacyjną! A, i z klamką, za którą jakoby mieli pociągnąć aby wejść. Tłoczyli się w tej kolejce, ustawiali, pozowali, jakby nie-wiadomo-co to było. Pewnie nawet nie wiedzieli za bardzo o co chodzi z tym domem, tylko przewodnik powiedział, że trzeba zobaczyć to przyszli.

    Okey, jestem trochę zgryźliwa, a być może i niesprawiedliwa. Ale trochę to takie płytkie - pstrykać się z drzwiami wejściowymi jakiegoś nie do końca fajnie wyglądającego domu, ale nie przejść 5 metrów dalej, gdzie stoi zajebisty, stary i naprawdę warty obejrzenia zabytkowy kościółek (Ermita de San Sebastian).

    Koniec narzekania :)

    Jeśli chodzi o zabytki to jest tu jeszcze kościól de la Asuncion, ale remontowany, więc nie da się obejrzeć. I kilka muzeów, ale jak byliśmy to wszystkie były zamknięte.
    I chyba z ciekawszych rzeczy byłoby to na tyle :)

    Resztę czasu, jaka nam pozostała do promu spędziliśmy snując się uliczkami, przesiadując w knajpkach na kawie (ale ile tej kawy można pić?) i wymyślając jakieś absurdalne miejsca, gdzie jeszcze można pójść :)

    A potem?

    Potem nadeszła ta Szczęśliwa Godzina odjazdu. I, z niewielkim oddechem ulgi, pofatygowaliśmy się zaboardować na statek.
    I z uśmiechem na ustach (i białą chusteczką w dłoni ;) ) pożegnaliśmy brzeg Gomery..



    Tags: , , , , , , , ,

  • Na tych kanarach to ja kiedyś zwariuję chyba. Gdzie się nie obejrzę to mam jakieś Deja Vu. Albo oni nie mieli pomysłu przy nadawaniu nazw i pisaniu historii, albo na każdej wyspie działo się dokładnie to samo…

    No więc:

    Jak to turystom przystało, tak i nam się włączyła chęć wysyłania pocztówek z wakacji. Łaziliśmy więc po sklepach i wybieraliśmy najpiękniejsze widoczki. I ciągle pośród nich natykaliśmy się na foto takiej płaskiej góry. W końcu dotarło do nas, że chyba jakaś taka znana tu jest i postanowiliśmy sprawdzić Co to za góra.
    Otóż okazało się, że góra zwie się la Fortaleza i była ostatnim miejscem gdzie bronili się gomerianie zanim zostali pokonani przez hiszpańskie siły. Nic by nie było w tym dziwnego, gdyby nie fakt, że na Gran Canarii, na której sobie mieszkamy, jest Również słynna góra, Również nazywa się Fortaleza, i Również była ostatnią zdobytą twierdzą przed poddaniem wyspy..
    Deja vu? ;)

    Jakby tego było mało - na obu wyspach znaleźliśmy Casa de Colon (Dom Kolumba). Na obu oczywiście jest to bardzo ważny zabytek, bardzo ważna pamiątka przeszłości. Sęk w tym, że na obu istnieje również dokładnie taka sama historia go dotycząca.
    A mianowicie: wg przekazów ostatnim przystankiem Kolumba przed jego słynną wyprawą ku odkryciu Ameryki miała być wyspa - oczywiście każda: i Gomera i Gran Canaria podają, jakoby one były Tą wyspą właśnie. Miał na niej przenocować nieco oraz pomodlić w kościele. Pytanie - jak dwie na raz mogły być ostatnimi na jego trasie? No i do tego na każdej z nich jest pamiątkowy dom i nakościelna tabliczka.

    No i teraz bądź tu człowieku mądry i zgaduj O co wogóle chodzi? ;)

    PS. Doczytałam się jeszcze, że Casa de Colon na Gomerze została wybudowana długo po śmierci Kolumba. Pozostawiam bez komentarza :)



    Tags: , , , , , ,

  • W czasie naszych wycieczek na naszej trasie przewinęło się mnóstwo miradorów i miejsc, gdzie można przyparkować i rozejrzeć się wokoło sycąc wzrok pięknym widokiem. O niektórych już zdążyłam wspomnieć, ale pozostało jeszcze kilka, o które można zahaczyć. Oczywiście nic nie przebije widoku ze szczytu Garajonay, przynajmniej dla mnie, jednak każdy z nich pokazuje co innego i czym innym zachwycić sie można :)

    Tak więc może na pierwszy rzut mirador Los Roques, przy drodze pomiędzy San Sebastian, w okolicach skrętu na Hermigua (czyli niedaleko lasów El Cedro). Możemy stąd zobaczyć w całej okazałości cztery charakterystyczne gomerskie wzniesienia: Agando, Zarcita, Ojila i Carmona, leżące w dole wąwozy, otaczający ocean. I oczywiście wszechobecną Teneryfę :) .

    Kolejne dwa punkty znajdują się w pobliżu Valle Gran Rey. Przy jednym z nich mieści się również restauracja. Właściwie nie powinnam ich rozdzielać, bowiem i mirador i restauracja tworzą jedną, zwartą całość i są dziełem jednego człowieka, a mianowicie pana Cesara Manrique. Pan ten jakoś mnie ciągle prześladuje i gdzie się nie obejrzę czy nie pojadę, tam natykam się na jakiś jego twór :) Sam mirador faktycznie urozmaicony, a widok na poniższą dolinę VGR prześliczny. Doskonale widać ten kościół na zakręcie i zielone tarasy upraw utworzone na zboczach gór. Widok jest naprawdę fantastyczny.

    Ostatni, o jakim chciałam napomknąć to Mirador de Santo w Arure. Zaciekawił nas już na początku, choć nie wiedzieliśmy wtedy, że to mirador. Jak się bowiem okazało z bliska, to co wzięliśmy za kamienny mostek łączący sąsiednie szczyty górskie, jest po prostu łukowym wejściem na punkt widokowy. Możemy stąd popodziwiać sobie leżącą w dolę wioskę Taguluche, otaczające górki, a jak zechce się nam przejść kawałek kamienną ścieżynką, to w najdalszym zakątku znajdziemy przytulony do skalnej ściany malutki kościółek. Oczywiście zamknięty na cztery spusty :)

    Zapewne tych fajnych miejsc było znacznie więcej, ale tyle mi najbardziej w głowie utkwiło :)



    Tags: , , , , , , ,

  • Szlak rozpoczyna się przy drodze z Los Roques do Hermigua. Tu mamy do wyboru dwie możliwości: albo pozostawić samochód na parkingu, albo wjechać nim ile się da w głąb lasu. My postanowiliśmy rozruszać nasze stare kości i wybraliśmy wariant pierwszy. Zaparkowaliśmy i zagłębiliśmy się w las.

    Droga była dość szeroka i równa (w końcu nadaje się dla samochodów!), toteż bardzo przyjemnie się nią szło. Lasy - zupełnie inne niż te w Las Creces. Laurowe. Tak - rosną tu sobie swobodnie laurowe liście! Znaczy na drzewach one rosną, nie w powietrzu :)

    Szliśmy sobie spacerowym kroczkiem, rozkoszując się miłym chłodkiem, jaki zapewniał nam lasek. Mijaliśmy znaki, rozwidlenia, czasem zamiast prostej drogi wybieraliśmy bardziej urozmaiconą ścieżkę na skróty. I tak coraz bardziej w dół.

    A gdzieś w dole, wg przewodnika, miał płynąć strumyczek…

    Doszliśmy już chyba na samo dno tej dolinki. No coś tam sobie szemrze niemrawo. Znaleźliśmy kamienny mostek, ale wody to się tam nie dopatrzyliśmy. Za to..

    Za to prawdziwa atrakcja tkwiła tuż za naszymi plecami! A był to.. Tunel! Taki kamienny, wydrążony w skale Tunel!

    Och, jak żeśmy piali z zachwytu jak go zobaczyliśmy! I, och, jak żeśmy głośno przeklinali, że w naszym ekwipunku nie ma latarki!! Grr..

    Próbowaliśmy wszystkiego - światełka z komórki, flesza z aparatu. Nic - tak kiepsko było widać, że musieliśmy sobie darować przeprawę tunelem. W końcu nie wiadomo było ani jaki on długi, ani czy nie ma jakiś niespodzianek po drodze :)

    Zasmuceni bardzo wygrzebaliśmy się na światło dzienne. Za to wpadliśmy na kolejny genialny pomysł. Bo skoro ten tunel ma tu Wejście - to gdzieś musi mieć Wyjście! Na szczęście był on oznaczony na naszej mapie, więc mniej więcej mogliśmy określić w którą stronę się udać.
    Niewiele myśląc - ruszyliśmy go szukać.

    Najpierw musieliśmy się wrócić, aż do tego pamiętnego rozstaju, gdzie zaczęliśmy iść dróżką na skróty. Czyli: cały czas pod górę. Po drodze zatrzymaliśmy się przy piknikowych stołach na małą przekąskę (czyt. na wszystko co mieliśmy w plecaku :) ). I tak - najedzeni i pełni nowych sił stanęliśmy na rozwidleniu dróg.

    Krótka chwila namysłu, czy na pewno chcemy szukać tego tunelu, i już sunęliśmy w dalszą drogę :) Typowa, leśna ścieżka prowadziła dalej i dalej. I niżej, coraz niżej. Przypomniało nam się to przeklęte drzewo (grrr), no ale to w końcu Tunel, więc przecież trzeba iść :) .

    Spacer był bardzo przyjemny. Wokół gęsty, pachnący, świeży las. Było dosyć wilgotno, więc trzeba było iść uważnie, bo podłoże było miejscami dość śliskie. My to wszystko przyjęliśmy pełnią zachwytów. Bo ileż to czasu już nie widzieliśmy ścieżynki pokrytej opadłymi liśćmi! I tyle zielonego na raz. I wszędzie te ogromne paprotki! I do tego ta urozmaicona droga!
    Wprost cudownie! Ochom i Achom nie było końca.

    Szliśmy, szliśmy, aż w końcu doszliśmy do znaku wskazującego na tunel. Już byliśmy bardzo blisko. I oczywiście bez problemu go znaleźliśmy. Z tej strony był przykryty roślinnością. I tak samo ponętny jak z tamtej strony..
    Buuu! I czemu nie mieliśmy tej przeklętej latarki? ;)

    Obiecaliśmy sobie, że szybko zakupimy ten niezbędny sprzęt i niezwłocznie tu wrócimy, żeby przejść się naszym Tunelkiem.
    I poszliśmy z powrotem, rzecz jasna już inną ścieżką, tą na którą wskazywał ten ostatni znak, czyli do głównej drogi.

    A przy głównej drodze wylądowaliśmy… tak “nieco” poniżej punktu, gdzie czekał na nas nasz pojazd. Mapa była nie do końca dokładna, więc trochę nieświadomi odległości (a tym bardziej wysokości) poczłapaliśmy pod górkę.

    Tym razem nie było tak miodowo. Nie dość, że droga wciąż pod górę, to jeszcze żar z nieba się tęgi lał i słońce radośnie przyświecało. Do tego, jak zawsze, nasze pokłady H2O zdążyły się skończyć, więc zaczynaliśmy cierpieć pomału na suchoty.
    Samochody przejeżdżały raz na jakiś czas. Zdesperowani nawet zamachaliśmy na kilka ale daliśmy sobie spokój, kiedy nas olały. Zatrzymała się za to taksówka. Pan chyba chciał zbić niezły biznes na nas, bo wymyślił sobie, że za 1 km pod górkę to on by chciał 10 Euro! No przewróciło mu się chyba w głowie od gorąca! A my Aż tak zmęczeni to nie byliśmy. Obśmialiśmy go więc, i z nowym pokładem sił, jakich nam pan niechcący dostarczył swoją propozycją, poszliśmy dalej.

    Szliśmy sobie i szliśmy. I szliśmy. Ledwo powłócząc nóżkami. Klnąc słodko pod nosem, a czasem i nie pod nosem. I w sumie to wcale nie słodko. Aż w końcu..

    Jeeest! Nasz samochodzik! Jest! Jest! Jest!

    Misio mój z wrażenia nawet nagrał Krótki Filmik O Odnalezieniu Parkingu. Pierwsze słowa to: “Tam (PIP) jest parking, (PIP) parking…”. Dokładnie nie cytuję, bo mi bloga ocenzurują ;)

    No, ale w końcu, zmęczeni aczkolwiek niepomiernie zadowoleni, rozsiedliśmy się w naszym pojeździe i pojechaliśmy w poszukiwaniu czegoś do picia :)



    Tags: , , , , , ,

  • Następnego dnia wstaliśmy skoro świt, pożyczyliśmy autko i ruszyliśmy na Objazd Wyspy Nr 2.

    Właściwie większość widzieliśmy już podczas pierwszej wycieczki, dlatego tym razem postanowiliśmy skupić się na szlakach pieszych, a jakby się nadarzyła taka okazja to zahaczyć również o miejsca, które ominęliśmy poprzednio. Chcieliśmy też przejazdem wstąpić do San Sebastian, żeby kupić sobie bilet na Prom.. na La Palmę tym razem ;)

    W moim cudownym przewodniku wypatrzyłam dwie ciekawe trasy. Pierwsza z nich to położone blisko nas, akurat na drodze do San Sebastian - Las Creces.

    Wyjechaliśmy wcześnie, więc wszędzie wokoło panowała cisza i spokój. Do tego słońce jeszcze nie prażyło zbyt mocno, a napewno nie robiło tego na naszej drodze, której większość przebyliśmy jadąc w chmurach.
    Zaparkowaliśmy na parkingu i weszliśmy na nasz Szlak.

    Las Creces - to jeden z najstarszych lasów na wyspie. I wchodząc do niego naprawdę się to czuje.
    Ogólnie atmosfera tego miejsca była niesamowita. Las pogrążony w półmroku, spływająca wszędzie mgła (tzn. chmury), wąska ścieżka, a wzdłuż niej wysokie, strasznie stare drzewa. Całe omurszałe, pokryte mchem, z gałęzi zwiesząją się długie liany i ogromne pajęczyny. Do tego pada z drzew!
    Więc idziesz sobie tą wąską ścieżką, wszędzie jest pusto i cicho, i ciemnawo. I czujesz się jak typowa bohater/ka horroru :)
    Super, naprawdę super!

    W ten sposób doszliśmy do polanki z drewnianymi stołami i grilami. Niestety w tej chwili są już nie używane, bowiem grilowanie tu zostało zabronione. A szkoda - bo miejsce przepiękne.

    Mieliśmy do wyboru: albo iść dalej jedną z kilku ścieżek, albo zawrócić. Zdecydowaliśmy się na to drugie, gdyż zależało nam by kupić ten bilet, a nie chcieliśmy żeby nam kasy pozamykali. Pospieszyliśmy zatem do samochodu.

    Jechaliśmy po bilety oczywiście na czuja, bo nigdzie nie było napisane w jakich godzinach otwarty jest punkt sprzedaży. I niestety nie trafiliśmy :) Nie zmartwiliśmy się tym zbytnio, bo przecież, jak stwierdziliśmy, “wszyscy na raz nie będą chcieli płynąć tym promem co my”. Po prostu pomyśleliśmy, że kupimy sobie bilet przed samą podróżą. A jak go nie dostaniemy - to już wtedy będziemy myśleć co dalej ;)

    I z tą myślą zawróciliśmy i podążyliśmy do szlaku Nr 2, czyli do lasów El Cedro.



    Tags: , , , , , ,

  • Było już całkiem późno. Nic nie jedliśmy od śniadania, które też nie było zbyt wielkie, więc byliśmy już całkiem głodni. Nawet woda nam się skończyła, a niestety na terenie parku nie wymyślili jeszcze żadnego barku dla strudzonych turystów :)

    W planie tej wyprawy mieliśmy jeszcze południe wyspy, więc szybciutko wpakowaliśmy się w samochód i ruszyliśmy w drogę - najpierw w kierunku Playa de Santiago. Oczywiście ja z nosem w mapie wypatrzyłam po drodze coś interesującego, gorąco przez mapkę polecanego, co bezwłocznie włączyłam do naszego programu wycieczkowego.

    Atrakcja zwała się El Drago - a przedstawiać sobą miała bardzo starą dracenę, podobno jedyną na wyspie, ale głowy nie dam że ona taka jedyna :)

    Po tym całym dniu podróżowania, po wspinaczkach i upale byliśmy już trochę zmęczeni, i mąż mój to nie bardzo chętnie się przychylał do mojego pomysłu. Ale zapewniłam go, że droga jest krótka i szybciutko, bez trudu to drzewko sobie obejrzymy. No bo “przecież pewnie już nie będziemy w tej okolicy i nie będzie innej sposobności go zobaczyć”.

    Nie ma to jak zaufać mapie. Droga na niej wyglądała jakby miała kilka metrów zaledwie, zapowiadał się więc miły spacerek. No, zapowiadał się..

    Zaparkowaliśmy przy drodze, na specjalnym parkingu i poszliśmy za znakiem. Droga, a właściwie ścieżka, zbudowana z kamyczków, wąska. Na całej jej długości, po obu jej bokach ciągnął się niski, kamienny murek. Czasem trochę stopni, czasem dosyć płasko. Ruszyliśmy.

    Trochę nas zdziwił fakt, że szła ona w dół, ale nie zważaliśmy na to. Szukaliśmy za to cały czas, gdzie ta dracena wielka jest. Nijak nie było jej w zasiągu wzroku.

    Po jakimś czasie zauważyliśmy idących z przeciwka turystów, którzy co jakiś czas sobie przysiadali. Pośmieliśmy się z nich, że pewnie bez kondycji, Mąż mój nawet zażartował, że wyglądają nieco jak zombie :) I tak śmiejąc się poczłapaliśmy dalej.

    Ale z chwili na chwilę przestawało być tak zabawnie. Szliśmy już dłuższą chwilę, ciągle w dół, a draceny jak nie było - tak i jej dalej widać nie było. Już chyba wtedy jakimś siódmym zmysłem przeczuliśmy jak to będzie..

    Doszliśmy do rozstaju dróg. Jedna wiodła w dół - do draceny, druga - w bok, na taki mirador. No, byliśmy już wydawało by się tak daleko, a raczej nie zwykliśmy zawracać z połowy drogi. Ale przystanęliśmy na chwilę by przemyśleć co dalej robić.

    Nagle mąż mój mnie woła i mówi - Ty, ale ta dracena to chyba nie jest TO? I pokazuje palcem w dół. Patrzymy, a tu daleeeeeeeeekooooo, daleeeeeekoooo w dole, gdzieś prawie na dnie doliny widać taką dużą koronę drzewa.
    Nogi się pode mną ugięły :)

    Ale Twardym trzeba być, nie miętkim. Uparłam się że zobaczę to przeklęte drzewo, to je zobaczę! I jak postanowiłam, tak też zrobiłam. Mężuś porzucił mnie na miradorze. Bidulek i tak ledwo chodził, bo miał okropnego odciska na stópce :)

    Więc poszłam. Szłam, szłam. Szłam i szłam. Co jakiś czas przystawałam zastanawiając się czy naprawdę warto? Już nie mówiąc o tym, że cały czas dusiłam w sobie pytanie: Jak ja się wdrapię z powrotem?
    Ale szłam sobie, drzewo zaczęło się powiększać, przybliżać. I w końcu Doszłam.

    Cholerne drzewo, też mi się zachciało drzewa oglądać. Jakbym draceny w życiu nie widziała. Sama nie wiem czy warto było czy nie. No duże drzewo, może większe niż inne, duża rozpięta korona. I całe ogrodzone jakimś zardzewiałym parkanem. I do tego nie było nawet budki z Colą! :D

    Postałam minutkę, zrobiłam fotkę, odwróciłam się i zerknęłam na drogę powrotną. Hm.. nie zapowiadało się różowo. No, ale przecież nie zostanę tam na dole, więc chcąc nie chcąc ruszyłam nogami w górę.

    Nie, nie będę przytaczać jakie słowa mi przychodziły do głowy i jakie przekleństwa rzucałam pod adresem tej cholernej draceny i tych przeklętych gomerczyków, którzy nie mogli znaleźć jakiegoś innego miejsca, żeby sobie posadzić drzewo. Grunt, że w końcu, po wielkich trudach dotarłam do miradora, gdzie odebrałam mężulka i już razem popełzliśmy na samą górę. Już teraz razem na głos wyklinając to (tu wstaw odpowiedni epitet) Drzewo.

    A najgorsze z tego było to, że w samochodziku nie czekała na nas nawet kropelka wody :(



    Tags: , , , , ,

  • Wąską, żółtą drogą przejechaliśmy teraz w głąb wyspy, skręciliśmy przy Laguna Grande i po kilku kilometrach zatrzymaliśmy się na niewielkim parkingu, skąd rozpoczyna się szlak na najwyższy szczyt wyspy - Garajonay (1487 m).

    Wg znaku do celu mieliśmy 1,4 km. Byliśmy już na konkretnej wysokości, więc taka mała wspinaczka nie przeraziła nawet naszej kiepskiej kondycji. I nie zwlekając ruszyliśmy na szlak.

    A szlak piękny - wąską dróżka, wspinająca się raz stromiej, raz łagodniej, raz równiej, a raz schodkami. Na całej długości biegnąca przez cudownie pachnący, gęsty lasek. Trochę nas zmyliła w pewnym momencie, bo zaczęła iść w dół, ale na szczęście było to tylko chwilowe :) Co jakiś czas zaliczaliśmy krótkie przystanki i sesje zdjęciowe na niewielkich punktach widokowych.

    I w końcu sam szczyt.
    A sam szczyt jest taki płaski. Otoczony wokoło niskim kamiennym murkiem.

    A widok? Ten widok, to kolejna rzecz jaką trzeba zobaczyć na własne oczy.

    Bo jak opisać te piękne lasy i doliny w dole? Przepaście i delikatne stoki?

    Jak wyrazić jak to jest patrzeć na chmury, tak blisko, że prawie na wyciągnięcie ręki?

    I w końcu - jak uwiecznić w tekście widok sąsiednich wysp wokoło? Gdzie się nie obrócisz, tam widzisz inną. Z jednej Teneryfa w całej okazałości. Głowa w prawo - a tu już płaskie El Hierro nieśmiało zza chmurek się wyłania. Jeszcze dalej w prawo? Tak - te dwie górki to nic innego jak La Palma.

    No, po prostu Fantastyczne! Z góry schodziliśmy jak zaczarowani!



    Tags: , , , , , , ,

  • Postanowiliśmy teraz udać się do mocno na mapie wyróżnionego miejsca, które zaintrygowało nas troszkę swoją nazwą - Juego de Bolas.

    Kanaryjczycy lubią tworzyć takie muzea, często również na świeżym powietrzu, gdzie gromadzą pamiątki i znaleziska z dawnych czasów, które wskazują na ich pochodzenie itp. I to było takie właśnie coś - miejsce, gdzie można dowiedzieć się co nieco o powstaniu wyspy, poznać legendę dotyczącą nazwy Garajonay, zobaczyć jak kiedyś chowano zmarłych, czy też jak dawniej wyglądały domy mieszkalne.

    A na zewnątrz? Z zewnątrz otoczone klombami kwiatów, a im dalej w głąb tym coraz różniejsze rzeczy - stare piece i inne niewiadomego zastosowania :) Nawet poletko ze strachem na wróble (raczej nie z przed 100 i więcej lat :D ). No i ten strach to w zasadzie nie na wróble, ale na zające :)

    Po schodkach w górę i jesteśmy na miradorze, skąd jak zawsze możemy podziwiać śliczne widoczki. I te wielkie chmury kładące się ciężko na szczytach gór.
    A pod stópkami - uciekające jaszczurki :D

    Oczywiście, zabawiliśmy tam trochę czasu, nie zauważając nawet, że godziny otwarcia minęły. No i musieliśmy wydostawać się do zewnętrznego świata zamkniętą furtką* :)

    * furtka sięgała do kolan, więc nie było problemu ;)



    Tags: , , , , ,

  • Następny przystanek to Agulo, wioska również na północnym wybrzeżu, ale już bardziej po wschodniej stronie wyspy. Jak wszystkie mieścinki - niewielka, za to ma prześliczne wąskie uliczki, szczególnie w rejonie tzw. starego miasta.

    W jednej z nich po bokach umieszczone są takie okwiecone altanki z ławkami w środku. Trochę wygląda to jak przystanek autobusowy, tyle że ławki nie w tą stronę, no i styl nieco odmienny :) I w jednej z takich altanek, pomiędzy ławeczkami siedziała sobie Jaszczurka.

    Jaszczurki to taki nasz mały konik, więc jak i każda napotkana wcześniej (i później), tak i ta stała się naszym głównym obiektem do fotografowania :)

    Jaszczurka siedziała sobie grzecznie na chodniczku, na takiej niewielkiej plamce czegoś, co z zapałem zjadała. Może nie będę opisywać z czym mi się to skojarzyło (Blee), i czym najprawdopodobniej było (Ble ble bleeee). U nas wiele miejsc jest często tak “ozdobionych”, szczególnie po zabawowych weekendach ;)

    Za to zaczęliśmy się zastanawiać czymże się żywią jaszczurki? Rzecz jasna - poza tym co wiedzieliśmy że jedzą. Nooo, to co widzieliśmy nie wyglądało na bardzo zachęcającą dietkę ;) Ale na szczęście nie obrzydziło nas to wcale a wcale i nadal chętnie byśmy taką sobie jaszczurę pohodowali :)

    Oczywiście w Agulo widzieliśmy też co nieco poza tym nieszczęsnym stworzonkiem ;) . Tak więc w wioseczce, i naokoło niej pełno jest upraw bananowych i ogólnie cytrusowych. Ja uwielbiam banany, więc widok tych wiszących ogromnych kiści sprawia, że trochę mi odbija ;)

    Jest oczywiście też kościół - jak wszędzie. Ale, choć pewnie niektórzy mnie teraz przeklną, nie wydaje mi się, żeby było to najbardziej interesujące miejsca na Ziemi, więc ominę tu jego opis. Rozumiem zobaczyć jeden, dwa. Ale dziesiątki kościołów? W sumie każdy wygląda podobnie ;)

    No dobrze, podpadłam już chyba komu się dało, więc czas opuścić Agulo i pojechać do następnego miejsca :)

    PS. I niech was do Agulo mój post nie zrazi. Naprawdę jest tam przesympatycznie! :D



    Tags: , , , ,