• W przeddzień, a w zasadzie w przed-wieczór naszego wyjazdu z wyspy w naszym pokoiku pojawił się.. Gekonek.

    Znaleźliśmy go na ścianie, jak słodko sobie siedział. I oczywiście od razu zrobiliśmy mu sesję zdjęciową :) Trochę nam żal było biedaka, bo na pewno flesz go nieco zestresował, ale on był taaaaaaaak piękny, że nie mogliśmy się powstrzymać :)

    I takie miał śliczne oczka!

    I łapki!

    Ale sami zobaczcie, poniżej jego fotka:

    gomerski gekonek

    PS. Niestety rano już go nie było :(



    Tags: , , , ,

  • Szlak rozpoczyna się przy drodze z Los Roques do Hermigua. Tu mamy do wyboru dwie możliwości: albo pozostawić samochód na parkingu, albo wjechać nim ile się da w głąb lasu. My postanowiliśmy rozruszać nasze stare kości i wybraliśmy wariant pierwszy. Zaparkowaliśmy i zagłębiliśmy się w las.

    Droga była dość szeroka i równa (w końcu nadaje się dla samochodów!), toteż bardzo przyjemnie się nią szło. Lasy - zupełnie inne niż te w Las Creces. Laurowe. Tak - rosną tu sobie swobodnie laurowe liście! Znaczy na drzewach one rosną, nie w powietrzu :)

    Szliśmy sobie spacerowym kroczkiem, rozkoszując się miłym chłodkiem, jaki zapewniał nam lasek. Mijaliśmy znaki, rozwidlenia, czasem zamiast prostej drogi wybieraliśmy bardziej urozmaiconą ścieżkę na skróty. I tak coraz bardziej w dół.

    A gdzieś w dole, wg przewodnika, miał płynąć strumyczek…

    Doszliśmy już chyba na samo dno tej dolinki. No coś tam sobie szemrze niemrawo. Znaleźliśmy kamienny mostek, ale wody to się tam nie dopatrzyliśmy. Za to..

    Za to prawdziwa atrakcja tkwiła tuż za naszymi plecami! A był to.. Tunel! Taki kamienny, wydrążony w skale Tunel!

    Och, jak żeśmy piali z zachwytu jak go zobaczyliśmy! I, och, jak żeśmy głośno przeklinali, że w naszym ekwipunku nie ma latarki!! Grr..

    Próbowaliśmy wszystkiego - światełka z komórki, flesza z aparatu. Nic - tak kiepsko było widać, że musieliśmy sobie darować przeprawę tunelem. W końcu nie wiadomo było ani jaki on długi, ani czy nie ma jakiś niespodzianek po drodze :)

    Zasmuceni bardzo wygrzebaliśmy się na światło dzienne. Za to wpadliśmy na kolejny genialny pomysł. Bo skoro ten tunel ma tu Wejście - to gdzieś musi mieć Wyjście! Na szczęście był on oznaczony na naszej mapie, więc mniej więcej mogliśmy określić w którą stronę się udać.
    Niewiele myśląc - ruszyliśmy go szukać.

    Najpierw musieliśmy się wrócić, aż do tego pamiętnego rozstaju, gdzie zaczęliśmy iść dróżką na skróty. Czyli: cały czas pod górę. Po drodze zatrzymaliśmy się przy piknikowych stołach na małą przekąskę (czyt. na wszystko co mieliśmy w plecaku :) ). I tak - najedzeni i pełni nowych sił stanęliśmy na rozwidleniu dróg.

    Krótka chwila namysłu, czy na pewno chcemy szukać tego tunelu, i już sunęliśmy w dalszą drogę :) Typowa, leśna ścieżka prowadziła dalej i dalej. I niżej, coraz niżej. Przypomniało nam się to przeklęte drzewo (grrr), no ale to w końcu Tunel, więc przecież trzeba iść :) .

    Spacer był bardzo przyjemny. Wokół gęsty, pachnący, świeży las. Było dosyć wilgotno, więc trzeba było iść uważnie, bo podłoże było miejscami dość śliskie. My to wszystko przyjęliśmy pełnią zachwytów. Bo ileż to czasu już nie widzieliśmy ścieżynki pokrytej opadłymi liśćmi! I tyle zielonego na raz. I wszędzie te ogromne paprotki! I do tego ta urozmaicona droga!
    Wprost cudownie! Ochom i Achom nie było końca.

    Szliśmy, szliśmy, aż w końcu doszliśmy do znaku wskazującego na tunel. Już byliśmy bardzo blisko. I oczywiście bez problemu go znaleźliśmy. Z tej strony był przykryty roślinnością. I tak samo ponętny jak z tamtej strony..
    Buuu! I czemu nie mieliśmy tej przeklętej latarki? ;)

    Obiecaliśmy sobie, że szybko zakupimy ten niezbędny sprzęt i niezwłocznie tu wrócimy, żeby przejść się naszym Tunelkiem.
    I poszliśmy z powrotem, rzecz jasna już inną ścieżką, tą na którą wskazywał ten ostatni znak, czyli do głównej drogi.

    A przy głównej drodze wylądowaliśmy… tak “nieco” poniżej punktu, gdzie czekał na nas nasz pojazd. Mapa była nie do końca dokładna, więc trochę nieświadomi odległości (a tym bardziej wysokości) poczłapaliśmy pod górkę.

    Tym razem nie było tak miodowo. Nie dość, że droga wciąż pod górę, to jeszcze żar z nieba się tęgi lał i słońce radośnie przyświecało. Do tego, jak zawsze, nasze pokłady H2O zdążyły się skończyć, więc zaczynaliśmy cierpieć pomału na suchoty.
    Samochody przejeżdżały raz na jakiś czas. Zdesperowani nawet zamachaliśmy na kilka ale daliśmy sobie spokój, kiedy nas olały. Zatrzymała się za to taksówka. Pan chyba chciał zbić niezły biznes na nas, bo wymyślił sobie, że za 1 km pod górkę to on by chciał 10 Euro! No przewróciło mu się chyba w głowie od gorąca! A my Aż tak zmęczeni to nie byliśmy. Obśmialiśmy go więc, i z nowym pokładem sił, jakich nam pan niechcący dostarczył swoją propozycją, poszliśmy dalej.

    Szliśmy sobie i szliśmy. I szliśmy. Ledwo powłócząc nóżkami. Klnąc słodko pod nosem, a czasem i nie pod nosem. I w sumie to wcale nie słodko. Aż w końcu..

    Jeeest! Nasz samochodzik! Jest! Jest! Jest!

    Misio mój z wrażenia nawet nagrał Krótki Filmik O Odnalezieniu Parkingu. Pierwsze słowa to: “Tam (PIP) jest parking, (PIP) parking…”. Dokładnie nie cytuję, bo mi bloga ocenzurują ;)

    No, ale w końcu, zmęczeni aczkolwiek niepomiernie zadowoleni, rozsiedliśmy się w naszym pojeździe i pojechaliśmy w poszukiwaniu czegoś do picia :)



    Tags: , , , , , ,

  • Następnego dnia wstaliśmy skoro świt, pożyczyliśmy autko i ruszyliśmy na Objazd Wyspy Nr 2.

    Właściwie większość widzieliśmy już podczas pierwszej wycieczki, dlatego tym razem postanowiliśmy skupić się na szlakach pieszych, a jakby się nadarzyła taka okazja to zahaczyć również o miejsca, które ominęliśmy poprzednio. Chcieliśmy też przejazdem wstąpić do San Sebastian, żeby kupić sobie bilet na Prom.. na La Palmę tym razem ;)

    W moim cudownym przewodniku wypatrzyłam dwie ciekawe trasy. Pierwsza z nich to położone blisko nas, akurat na drodze do San Sebastian - Las Creces.

    Wyjechaliśmy wcześnie, więc wszędzie wokoło panowała cisza i spokój. Do tego słońce jeszcze nie prażyło zbyt mocno, a napewno nie robiło tego na naszej drodze, której większość przebyliśmy jadąc w chmurach.
    Zaparkowaliśmy na parkingu i weszliśmy na nasz Szlak.

    Las Creces - to jeden z najstarszych lasów na wyspie. I wchodząc do niego naprawdę się to czuje.
    Ogólnie atmosfera tego miejsca była niesamowita. Las pogrążony w półmroku, spływająca wszędzie mgła (tzn. chmury), wąska ścieżka, a wzdłuż niej wysokie, strasznie stare drzewa. Całe omurszałe, pokryte mchem, z gałęzi zwiesząją się długie liany i ogromne pajęczyny. Do tego pada z drzew!
    Więc idziesz sobie tą wąską ścieżką, wszędzie jest pusto i cicho, i ciemnawo. I czujesz się jak typowa bohater/ka horroru :)
    Super, naprawdę super!

    W ten sposób doszliśmy do polanki z drewnianymi stołami i grilami. Niestety w tej chwili są już nie używane, bowiem grilowanie tu zostało zabronione. A szkoda - bo miejsce przepiękne.

    Mieliśmy do wyboru: albo iść dalej jedną z kilku ścieżek, albo zawrócić. Zdecydowaliśmy się na to drugie, gdyż zależało nam by kupić ten bilet, a nie chcieliśmy żeby nam kasy pozamykali. Pospieszyliśmy zatem do samochodu.

    Jechaliśmy po bilety oczywiście na czuja, bo nigdzie nie było napisane w jakich godzinach otwarty jest punkt sprzedaży. I niestety nie trafiliśmy :) Nie zmartwiliśmy się tym zbytnio, bo przecież, jak stwierdziliśmy, “wszyscy na raz nie będą chcieli płynąć tym promem co my”. Po prostu pomyśleliśmy, że kupimy sobie bilet przed samą podróżą. A jak go nie dostaniemy - to już wtedy będziemy myśleć co dalej ;)

    I z tą myślą zawróciliśmy i podążyliśmy do szlaku Nr 2, czyli do lasów El Cedro.



    Tags: , , , , , ,

  • Ta “ciężka” przeprowadzka nie zajęła nam dużo czasu, ale minęło już południe i uznaliśmy, że nie ma sensu tego dnia pożyczać samochodu. Postanowiliśmy spędzić dzień w naszej dolince.

    Przeszliśmy tam i z powrotem. Trochę w górę, trochę w dół. Raz, drugi. I trzeci. I zaczęło nam się nieco nudzić, bo ileż to można łazić wciąż tą samą drogą?

    Z tych potwornych nudów najbardziej absurdalne pomysły przychodziły nam do głowy. I tak w pewnej chwili mój Misio stwierdził, że idzie na ryby.

    Nigdy tych ryb nie łowił. Ale czemu nie spróbować? Do tego w okolicy pełno takich miejsc przy wybrzeżu, gdzie pomiędzy skałkami potworzyły się spokojne maleńkie zatoczki, do których podczas przypływów wpadają nowe rybki, a podczas odpływów, jeśli nie zdążą uciec - zostają w nich uwięzione (w wersji optymistycznej - tylko do następnego przypływu ;) ).

    Nabyliśmy więc odpowiedni sprzęt, czyli w tym przypadku taki podbierak, czy jak się to nazywa. Taka siatka na motyle na kijku, duży kancerek ;)
    I poszliśmy na skałki w poszukiwaniu dogodnego miejsca.

    Miejsce numer 1 nie było zbyt szczęśliwe. Nic nie dało się wypatrzyć, aż zniecierpliwiony mój mąż postanowił zmienić cel połowu z ryb na kraby. Ale kraby okazywały się wciąż zbyt szybkie i spierdzielały z kamieni w oka mgnieniu.
    Po kilkudziesięciu nieudanych próbach mężuś stwirdził, że czas zmienić miejsce.

    Przeszliśmy na Playa del Ingles. Tam Misio stanął na czatach na przybrzeżnych skałkach i cierpliwie wypatrywał zwierzyny.

    I nagle słyszę jak woła: Jest! Jest! Chodź, sama zobacz!

    Biegnę więc przez pół plaży, o nogi się potykam pragnąc jak najszybciej zobaczyć sukces mojego Misiaczka.. Misio wyciąga podbierak i pokazuje mi swój Łup.
    Patrzę, a na samym dnie, upaprana w mule leży taka malusienieńka rybuchna :) Śliczna :)

    Oczywiście pogratulowałam Misiaczkowi połowu, uwieczniłam na Foto i już razem wpuściliśmy rybeczkę z powrotem do morza, żeby może trochę urosła :)

    Niestety połów musieliśmy zakończyć, bo podbierak nam się złamał :(



    Tags: , , , , ,

  • Było już całkiem późno. Nic nie jedliśmy od śniadania, które też nie było zbyt wielkie, więc byliśmy już całkiem głodni. Nawet woda nam się skończyła, a niestety na terenie parku nie wymyślili jeszcze żadnego barku dla strudzonych turystów :)

    W planie tej wyprawy mieliśmy jeszcze południe wyspy, więc szybciutko wpakowaliśmy się w samochód i ruszyliśmy w drogę - najpierw w kierunku Playa de Santiago. Oczywiście ja z nosem w mapie wypatrzyłam po drodze coś interesującego, gorąco przez mapkę polecanego, co bezwłocznie włączyłam do naszego programu wycieczkowego.

    Atrakcja zwała się El Drago - a przedstawiać sobą miała bardzo starą dracenę, podobno jedyną na wyspie, ale głowy nie dam że ona taka jedyna :)

    Po tym całym dniu podróżowania, po wspinaczkach i upale byliśmy już trochę zmęczeni, i mąż mój to nie bardzo chętnie się przychylał do mojego pomysłu. Ale zapewniłam go, że droga jest krótka i szybciutko, bez trudu to drzewko sobie obejrzymy. No bo “przecież pewnie już nie będziemy w tej okolicy i nie będzie innej sposobności go zobaczyć”.

    Nie ma to jak zaufać mapie. Droga na niej wyglądała jakby miała kilka metrów zaledwie, zapowiadał się więc miły spacerek. No, zapowiadał się..

    Zaparkowaliśmy przy drodze, na specjalnym parkingu i poszliśmy za znakiem. Droga, a właściwie ścieżka, zbudowana z kamyczków, wąska. Na całej jej długości, po obu jej bokach ciągnął się niski, kamienny murek. Czasem trochę stopni, czasem dosyć płasko. Ruszyliśmy.

    Trochę nas zdziwił fakt, że szła ona w dół, ale nie zważaliśmy na to. Szukaliśmy za to cały czas, gdzie ta dracena wielka jest. Nijak nie było jej w zasiągu wzroku.

    Po jakimś czasie zauważyliśmy idących z przeciwka turystów, którzy co jakiś czas sobie przysiadali. Pośmieliśmy się z nich, że pewnie bez kondycji, Mąż mój nawet zażartował, że wyglądają nieco jak zombie :) I tak śmiejąc się poczłapaliśmy dalej.

    Ale z chwili na chwilę przestawało być tak zabawnie. Szliśmy już dłuższą chwilę, ciągle w dół, a draceny jak nie było - tak i jej dalej widać nie było. Już chyba wtedy jakimś siódmym zmysłem przeczuliśmy jak to będzie..

    Doszliśmy do rozstaju dróg. Jedna wiodła w dół - do draceny, druga - w bok, na taki mirador. No, byliśmy już wydawało by się tak daleko, a raczej nie zwykliśmy zawracać z połowy drogi. Ale przystanęliśmy na chwilę by przemyśleć co dalej robić.

    Nagle mąż mój mnie woła i mówi - Ty, ale ta dracena to chyba nie jest TO? I pokazuje palcem w dół. Patrzymy, a tu daleeeeeeeeekooooo, daleeeeeekoooo w dole, gdzieś prawie na dnie doliny widać taką dużą koronę drzewa.
    Nogi się pode mną ugięły :)

    Ale Twardym trzeba być, nie miętkim. Uparłam się że zobaczę to przeklęte drzewo, to je zobaczę! I jak postanowiłam, tak też zrobiłam. Mężuś porzucił mnie na miradorze. Bidulek i tak ledwo chodził, bo miał okropnego odciska na stópce :)

    Więc poszłam. Szłam, szłam. Szłam i szłam. Co jakiś czas przystawałam zastanawiając się czy naprawdę warto? Już nie mówiąc o tym, że cały czas dusiłam w sobie pytanie: Jak ja się wdrapię z powrotem?
    Ale szłam sobie, drzewo zaczęło się powiększać, przybliżać. I w końcu Doszłam.

    Cholerne drzewo, też mi się zachciało drzewa oglądać. Jakbym draceny w życiu nie widziała. Sama nie wiem czy warto było czy nie. No duże drzewo, może większe niż inne, duża rozpięta korona. I całe ogrodzone jakimś zardzewiałym parkanem. I do tego nie było nawet budki z Colą! :D

    Postałam minutkę, zrobiłam fotkę, odwróciłam się i zerknęłam na drogę powrotną. Hm.. nie zapowiadało się różowo. No, ale przecież nie zostanę tam na dole, więc chcąc nie chcąc ruszyłam nogami w górę.

    Nie, nie będę przytaczać jakie słowa mi przychodziły do głowy i jakie przekleństwa rzucałam pod adresem tej cholernej draceny i tych przeklętych gomerczyków, którzy nie mogli znaleźć jakiegoś innego miejsca, żeby sobie posadzić drzewo. Grunt, że w końcu, po wielkich trudach dotarłam do miradora, gdzie odebrałam mężulka i już razem popełzliśmy na samą górę. Już teraz razem na głos wyklinając to (tu wstaw odpowiedni epitet) Drzewo.

    A najgorsze z tego było to, że w samochodziku nie czekała na nas nawet kropelka wody :(



    Tags: , , , , ,

  • Następny przystanek to Agulo, wioska również na północnym wybrzeżu, ale już bardziej po wschodniej stronie wyspy. Jak wszystkie mieścinki - niewielka, za to ma prześliczne wąskie uliczki, szczególnie w rejonie tzw. starego miasta.

    W jednej z nich po bokach umieszczone są takie okwiecone altanki z ławkami w środku. Trochę wygląda to jak przystanek autobusowy, tyle że ławki nie w tą stronę, no i styl nieco odmienny :) I w jednej z takich altanek, pomiędzy ławeczkami siedziała sobie Jaszczurka.

    Jaszczurki to taki nasz mały konik, więc jak i każda napotkana wcześniej (i później), tak i ta stała się naszym głównym obiektem do fotografowania :)

    Jaszczurka siedziała sobie grzecznie na chodniczku, na takiej niewielkiej plamce czegoś, co z zapałem zjadała. Może nie będę opisywać z czym mi się to skojarzyło (Blee), i czym najprawdopodobniej było (Ble ble bleeee). U nas wiele miejsc jest często tak “ozdobionych”, szczególnie po zabawowych weekendach ;)

    Za to zaczęliśmy się zastanawiać czymże się żywią jaszczurki? Rzecz jasna - poza tym co wiedzieliśmy że jedzą. Nooo, to co widzieliśmy nie wyglądało na bardzo zachęcającą dietkę ;) Ale na szczęście nie obrzydziło nas to wcale a wcale i nadal chętnie byśmy taką sobie jaszczurę pohodowali :)

    Oczywiście w Agulo widzieliśmy też co nieco poza tym nieszczęsnym stworzonkiem ;) . Tak więc w wioseczce, i naokoło niej pełno jest upraw bananowych i ogólnie cytrusowych. Ja uwielbiam banany, więc widok tych wiszących ogromnych kiści sprawia, że trochę mi odbija ;)

    Jest oczywiście też kościół - jak wszędzie. Ale, choć pewnie niektórzy mnie teraz przeklną, nie wydaje mi się, żeby było to najbardziej interesujące miejsca na Ziemi, więc ominę tu jego opis. Rozumiem zobaczyć jeden, dwa. Ale dziesiątki kościołów? W sumie każdy wygląda podobnie ;)

    No dobrze, podpadłam już chyba komu się dało, więc czas opuścić Agulo i pojechać do następnego miejsca :)

    PS. I niech was do Agulo mój post nie zrazi. Naprawdę jest tam przesympatycznie! :D



    Tags: , , , ,