• I?

    La Gomera - właściwie nie do końca wiadomo co o niej sądzić. Kiedy tam przypłynęliśmy zszokowała nas, bo chyba czego innego się spodziewaliśmy. Na pewno nie takiej pustki i spokoju. Przez pierwsze dni chodziłam jak we śnie, bo czułam się jak w totalnie innym, oderwanym od rzeczywistości świecie. W zasadzie przez cały pobyt musiałam się szczypać w rękę, żeby poczuć, że nie śnię. I nawet jeszcze wsiadając na prom, opuszczając wyspę po ośmiodniowym pobycie, nie umiałam się do niej ustosunkować.

    A teraz? Teraz mogę powiedzieć tylko jedno:

    Jest super, super, super! I podobała mi się straszliwie!

    Za nic nie poleciłabym jej nikomu na tzw. wakacje życia, ani też osobom marzącym o 5-cio gwiazdkowym hotelu, ofercie All Inclusive i wszelkiego typu rozrywkach.
    Jest natomiast perfekcyjna dla tych co uwielbiają chodzić i stykać się z przyrodą. Szlaków jest tu w bród, i co jeden to fajniejszy. Do tego stare, świetnie zachowane lasy i przepiękne widoki.

    No i te trzy wyspy wokoło! Żyć, nie umierać :)

    To, co na początku tak bardzo mnie zaskoczyło zyskało w moich oczach w trochę późniejszym czasie. Że jest tu tak niewiele wiosek, że jest tak spokojnie, że nie ma takiego super-turystycznego miejsca, że ludzie są tacy a nie inni, że…

    Ale to wszystko do siebie pasuje, jest tak fantastycznie spójne i tworzy tak niepowtarzalny klimat… Nawet nie wiesz kiedy ta harmonia całkowicie cię pochłania i stajesz się “więźniem” wyspy.

    I nie ma rady - zawsze już tu będziesz wracać :)



    Tags: , , ,

  • Ta “ciężka” przeprowadzka nie zajęła nam dużo czasu, ale minęło już południe i uznaliśmy, że nie ma sensu tego dnia pożyczać samochodu. Postanowiliśmy spędzić dzień w naszej dolince.

    Przeszliśmy tam i z powrotem. Trochę w górę, trochę w dół. Raz, drugi. I trzeci. I zaczęło nam się nieco nudzić, bo ileż to można łazić wciąż tą samą drogą?

    Z tych potwornych nudów najbardziej absurdalne pomysły przychodziły nam do głowy. I tak w pewnej chwili mój Misio stwierdził, że idzie na ryby.

    Nigdy tych ryb nie łowił. Ale czemu nie spróbować? Do tego w okolicy pełno takich miejsc przy wybrzeżu, gdzie pomiędzy skałkami potworzyły się spokojne maleńkie zatoczki, do których podczas przypływów wpadają nowe rybki, a podczas odpływów, jeśli nie zdążą uciec - zostają w nich uwięzione (w wersji optymistycznej - tylko do następnego przypływu ;) ).

    Nabyliśmy więc odpowiedni sprzęt, czyli w tym przypadku taki podbierak, czy jak się to nazywa. Taka siatka na motyle na kijku, duży kancerek ;)
    I poszliśmy na skałki w poszukiwaniu dogodnego miejsca.

    Miejsce numer 1 nie było zbyt szczęśliwe. Nic nie dało się wypatrzyć, aż zniecierpliwiony mój mąż postanowił zmienić cel połowu z ryb na kraby. Ale kraby okazywały się wciąż zbyt szybkie i spierdzielały z kamieni w oka mgnieniu.
    Po kilkudziesięciu nieudanych próbach mężuś stwirdził, że czas zmienić miejsce.

    Przeszliśmy na Playa del Ingles. Tam Misio stanął na czatach na przybrzeżnych skałkach i cierpliwie wypatrywał zwierzyny.

    I nagle słyszę jak woła: Jest! Jest! Chodź, sama zobacz!

    Biegnę więc przez pół plaży, o nogi się potykam pragnąc jak najszybciej zobaczyć sukces mojego Misiaczka.. Misio wyciąga podbierak i pokazuje mi swój Łup.
    Patrzę, a na samym dnie, upaprana w mule leży taka malusienieńka rybuchna :) Śliczna :)

    Oczywiście pogratulowałam Misiaczkowi połowu, uwieczniłam na Foto i już razem wpuściliśmy rybeczkę z powrotem do morza, żeby może trochę urosła :)

    Niestety połów musieliśmy zakończyć, bo podbierak nam się złamał :(



    Tags: , , , , ,

  • Jak już wspominałam wcześniej, nasze pierwsze noclegowe miejsce wynajęliśmy tylko na dni cztery, zmuszeni byliśmy wobec tego poszukać kolejnego.

    Jak zwykle więc na ostatnią chwilę, czyli w przeddzień wyprowadzki, zaczęliśmy zastanawiać się nad Nowym Lokum. Niekiedy udawało nam się znajdować nocleg poprzez Informacje Turystyczną. Niestety w tutejszej dysponowali jedynie katalogiem miejsc noclegowych.

    Postanowiliśmy, jak i za pierwszym razem, porozpytywać się to tu, to tam. Oczywiście na pierwszy rzut poszła nasza najbliższa okolica.

    Na poszukiwania ruszyliśmy praktycznie bezstresowo. Wszakże zawsze pozostawała nam Casa Maria ;)

    Początki nie były łatwe. Miejca na ful pozajmowane - w końcu Fiesta i wszyscy się zjeżdżają. Ale niczym nie zrażeni, powolutku szukaliśmy dalej. Przy okazji wstępowaliśmy do sklepików itp.

    No i poszłam ja tylko zanieść nasze zakupy do starego domku, wracam do mężusia, a on mi oznajmia, że oto Już pokoik znalazł. Szok! No zostawić go na pięć minut samego ;)

    Obejrzeliśmy, fajny nawet był, taki w starodawnym stylu, klimatyczny. Nie marudząc dalej zarezerwowaliśmy go sobie do końca naszego pobytu, czyli na kolejne dni cztery.

    Co do poprzedniego, to był okropny. I ciągle w nim śmierdziało kanalizacją, więc jak wychodziliśmy z niego rano, to wracaliśmy jak już było bardzo późno, bo trochę było w nim przez to nieprzyjemnie ;/ .

    Następnego dnia z ranka z radością zabraliśmy nasze bambetle z tego śmierdziucha i, już z trochę mniejszą, wtargaliśmy je na to trzecie piętro po tych kręconych schodach.
    Uffff.. Było ciężko :)

    Wogóle to zastanawialiśmy się, czy na tą wyspę przyjeżdżają Polacy, a jeśli tak - to co nimi kieruje, że wybierają to właśnie miejsce. Do tego momentu nie spotkaliśmy żadnego. Jednak już pierwszego dnia na nowej posesji, wdrapujemy się po schodach gromkimi głosami sobie rozprawiając, kiedy to zza drzwi rozlega się “Dzień Dobry”. Szok!

    Więcej Polaków nie spotkaliśmy :)



    Tags: , , , ,

  • Zaparkowaliśmy autko (jak już znaleźliśmy miejsce..) i ruszyliśmy na Poszukiwania. Dodam może, że była to niedziela wieczór, więc wiadomo jak to w niedzielę - wszystko pozamykane :) Co więcej - okazało się, że w najbliższych dniach szykuje się jakaś ichniejsza Fiesta, no a w związku z tym spodziewano się nagłego napływu dużej ilości fiestowiczów i gro łóżek było już porezerwowane. Chodziliśmy więc tak gdzie popadnie, na chybił-trafił, pytając się tu i ówdzie o miejsce do spania.

    Najpierw trafiliśmy na hotel. Ale patrząc na niego, ciężko było odgadnąć, czy on dopiero się buduje, czy ma remont, czy też przyjmuje gości. W sumie wszystko jedno, bo okazał się być zamknięty (kilka dni później okazało się, że jest jednak czynny, tylko wchodzi się do niego jakimiś zakamarkami).

    Poszliśmy zatem na promenadkę, popytać się w barach, czy nie wiedzą o czymś do wynajęcia. Zresztą i nad każdym z nich były pokoiki. Niestety głównie pozajmowane ;/

    No, ale w ten właśnie sposób trafiliśmy na.. Casa Maria - “najlepszy lokal w mieście” :) W zasadzie zasługuje on na osobny rozdział, ale pozostawię go już tutaj :D

    Skierowaliśmy się zatem do tego domu. Dom jak dom, na dole barek, na górze pokoje. Wchodzimy, szukamy jakiegoś właściciela - Nic. W końcu zainteresował nas odgłos telewizora. Tak - nie pomyliliśmy się. Przed telewizorem słodko drzemała sobie starsza babcia. Głupio było tak ją budzić, ale co zrobić? Pochrząkaliśmy trochę i babcia otwarła oczęta. Ustaliliśmy, że pokoik się znajdzie, no i cenę również (tanio jak barszcz!), i poszliśmy obejrzeć nasze przyszłe 4 ściany.

    Maleńki pokoik i łazienka. Niby wszystko okey, ale.. Nie będę narzekać na obdrapane ściany, bo daleko mi do księżniczki, która musi spać w najlepszych pałacach, ale ta zardzewiała umywalka i ogólny syf i brud w łazience co nieco mnie hmm.. zniesmaczyły. Do tego wyjście na taras - tylko otworzyliśmy drzwi, a już w ręku został nam kawałek framugi.. :)

    No ale z braku laku lepsze to niż nic. Lekko zszokowani oddaliśmy babci klucze i poszliśmy po nasze tobołki.

    Po drodze, ot tak dla świętego spokoju, zahaczyliśmy jeszcze o kilka bungalowów rozpytując o wolny pokoik, i ostatecznie na pierwsze cztery dni zakwaterowaliśmy się w, jak się wydawało - bardziej sprzyjających warunkach.

    Przyznaję jednak, że troszkę było nam głupio względem babci i do końca pobytu z daleka obchodziliśmy ten sławetny dom.

    Co do Casa Maria to, jak się doczytaliśmy, jest to najstarszy “hotelik” w miasteczku, jeszcze z przed czasów turystycznych (wystrój i wyposażenie chyba też pozostało z tamtego czasu w niezmienionej formie :) ), a zawiaduje nim nadal i nieprzerwanie pani Maria (czyli nasza babuleńka).



    Tags: , , , ,

  • Nie była to pierwsza wyspa, którą widziałam - w końcu na jednej z nich mieszkam :) , a jednak ten widok mnie nieco zadziwił. Wielka łysa góra pływająca po oceanie.
    Być może dlatego, że wszystkie poprzednie były nieco większe i zagospodarowane, i ciężko je było ogarnąć wzrokiem w całości :) .

    Tak dla uściślenia - naszą 2,5 godzinną podróż z Teneryfy odbyliśmy promem. Nawet nie bujało zbyt mocno, tak że obyło się bez choroby morskiej ;)

    Z pełnego morza skierowaliśmy się do portu w San Sebastian de la Gomera, jedynego miejsca w zasięgu wzroku, gdzie było widać jakieś zabudowania. Reszta była po prostu częściami wzniesień. Poznikały gdzieś wieżowce, markety, zatłoczone ulice wielkich (lub po prostu większych) miast, pozostawiając w zamian niskie, skromne domeczki i wąskie uliczki.
    Troszkę nas to zaskoczyło i zjechaliśmy z promu nieco zbaraniali :)

    Oczywiście, jak to zawsze my, nie mieliśmy zapewnionego noclegu, więc odłożyliśmy nasze zdziwione miny na bok i ruszyliśmy na poszukiwania. Przeszliśmy po San Sebastian, ale gdy nic nam się nie rzuciło w oczy postanowiliśmy poszukać szczęścia w może-bardziej-turystycznym-miejscu. Wybór padł na Valle Gran Rey.

    Zapakowaliśmy się więc do autka i… W Drogę!



    Tags: , , ,

  • Wybierając się na Gomerę w zasadzie nie myślałam jaka ona może być. Kiedyś czytałam, że każda wyspa z archipelagu kanaryjskiego jest inna, ale jakoś pozostawiłam to głęboko w podświadomości. Do tego jechałam tam zasadniczo bez jakiegokolwiek przygotowania - ani mapy, ani przewodnika. Jedynie jakaś gazetka z przed lat, gdzie opisano całą wyspę na dwóch stroniczkach.

    Nic więc dziwnego, że widok Gomery był dla mnie lekkim szokiem. A już szczególnie po tygodniowym byczeniu się na Teneryfie :)

    Do San Sebastian de la Gomera dopłynęliśmy z wrażeniem, że trafiliśmy do jakiegoś całkiem innego świata. A im dalej, tym bardziej to wrażenie się pogłębiało.

    Początkowo podeszliśmy do niej z pewnym dystansem, nie bardzo wiedząc co o niej sądzić, nie bardzo mogąc się na niej odnaleźć. Stopniowo pozwoliliśmy się jej ogarnąć, przeniknąć.

    W rezultacie, po tych kilku dniach, byliśmy nią całkowicie zauroczeni, tak że opuszczaliśmy ją z niejakim żalem.
    No i z oczywistym postanowieniem rychłego na nią powrotu :D



    Tags: , ,