• W czasie naszych wycieczek na naszej trasie przewinęło się mnóstwo miradorów i miejsc, gdzie można przyparkować i rozejrzeć się wokoło sycąc wzrok pięknym widokiem. O niektórych już zdążyłam wspomnieć, ale pozostało jeszcze kilka, o które można zahaczyć. Oczywiście nic nie przebije widoku ze szczytu Garajonay, przynajmniej dla mnie, jednak każdy z nich pokazuje co innego i czym innym zachwycić sie można :)

    Tak więc może na pierwszy rzut mirador Los Roques, przy drodze pomiędzy San Sebastian, w okolicach skrętu na Hermigua (czyli niedaleko lasów El Cedro). Możemy stąd zobaczyć w całej okazałości cztery charakterystyczne gomerskie wzniesienia: Agando, Zarcita, Ojila i Carmona, leżące w dole wąwozy, otaczający ocean. I oczywiście wszechobecną Teneryfę :) .

    Kolejne dwa punkty znajdują się w pobliżu Valle Gran Rey. Przy jednym z nich mieści się również restauracja. Właściwie nie powinnam ich rozdzielać, bowiem i mirador i restauracja tworzą jedną, zwartą całość i są dziełem jednego człowieka, a mianowicie pana Cesara Manrique. Pan ten jakoś mnie ciągle prześladuje i gdzie się nie obejrzę czy nie pojadę, tam natykam się na jakiś jego twór :) Sam mirador faktycznie urozmaicony, a widok na poniższą dolinę VGR prześliczny. Doskonale widać ten kościół na zakręcie i zielone tarasy upraw utworzone na zboczach gór. Widok jest naprawdę fantastyczny.

    Ostatni, o jakim chciałam napomknąć to Mirador de Santo w Arure. Zaciekawił nas już na początku, choć nie wiedzieliśmy wtedy, że to mirador. Jak się bowiem okazało z bliska, to co wzięliśmy za kamienny mostek łączący sąsiednie szczyty górskie, jest po prostu łukowym wejściem na punkt widokowy. Możemy stąd popodziwiać sobie leżącą w dolę wioskę Taguluche, otaczające górki, a jak zechce się nam przejść kawałek kamienną ścieżynką, to w najdalszym zakątku znajdziemy przytulony do skalnej ściany malutki kościółek. Oczywiście zamknięty na cztery spusty :)

    Zapewne tych fajnych miejsc było znacznie więcej, ale tyle mi najbardziej w głowie utkwiło :)



    Tags: , , , , , , ,

  • Szlak rozpoczyna się przy drodze z Los Roques do Hermigua. Tu mamy do wyboru dwie możliwości: albo pozostawić samochód na parkingu, albo wjechać nim ile się da w głąb lasu. My postanowiliśmy rozruszać nasze stare kości i wybraliśmy wariant pierwszy. Zaparkowaliśmy i zagłębiliśmy się w las.

    Droga była dość szeroka i równa (w końcu nadaje się dla samochodów!), toteż bardzo przyjemnie się nią szło. Lasy - zupełnie inne niż te w Las Creces. Laurowe. Tak - rosną tu sobie swobodnie laurowe liście! Znaczy na drzewach one rosną, nie w powietrzu :)

    Szliśmy sobie spacerowym kroczkiem, rozkoszując się miłym chłodkiem, jaki zapewniał nam lasek. Mijaliśmy znaki, rozwidlenia, czasem zamiast prostej drogi wybieraliśmy bardziej urozmaiconą ścieżkę na skróty. I tak coraz bardziej w dół.

    A gdzieś w dole, wg przewodnika, miał płynąć strumyczek…

    Doszliśmy już chyba na samo dno tej dolinki. No coś tam sobie szemrze niemrawo. Znaleźliśmy kamienny mostek, ale wody to się tam nie dopatrzyliśmy. Za to..

    Za to prawdziwa atrakcja tkwiła tuż za naszymi plecami! A był to.. Tunel! Taki kamienny, wydrążony w skale Tunel!

    Och, jak żeśmy piali z zachwytu jak go zobaczyliśmy! I, och, jak żeśmy głośno przeklinali, że w naszym ekwipunku nie ma latarki!! Grr..

    Próbowaliśmy wszystkiego - światełka z komórki, flesza z aparatu. Nic - tak kiepsko było widać, że musieliśmy sobie darować przeprawę tunelem. W końcu nie wiadomo było ani jaki on długi, ani czy nie ma jakiś niespodzianek po drodze :)

    Zasmuceni bardzo wygrzebaliśmy się na światło dzienne. Za to wpadliśmy na kolejny genialny pomysł. Bo skoro ten tunel ma tu Wejście - to gdzieś musi mieć Wyjście! Na szczęście był on oznaczony na naszej mapie, więc mniej więcej mogliśmy określić w którą stronę się udać.
    Niewiele myśląc - ruszyliśmy go szukać.

    Najpierw musieliśmy się wrócić, aż do tego pamiętnego rozstaju, gdzie zaczęliśmy iść dróżką na skróty. Czyli: cały czas pod górę. Po drodze zatrzymaliśmy się przy piknikowych stołach na małą przekąskę (czyt. na wszystko co mieliśmy w plecaku :) ). I tak - najedzeni i pełni nowych sił stanęliśmy na rozwidleniu dróg.

    Krótka chwila namysłu, czy na pewno chcemy szukać tego tunelu, i już sunęliśmy w dalszą drogę :) Typowa, leśna ścieżka prowadziła dalej i dalej. I niżej, coraz niżej. Przypomniało nam się to przeklęte drzewo (grrr), no ale to w końcu Tunel, więc przecież trzeba iść :) .

    Spacer był bardzo przyjemny. Wokół gęsty, pachnący, świeży las. Było dosyć wilgotno, więc trzeba było iść uważnie, bo podłoże było miejscami dość śliskie. My to wszystko przyjęliśmy pełnią zachwytów. Bo ileż to czasu już nie widzieliśmy ścieżynki pokrytej opadłymi liśćmi! I tyle zielonego na raz. I wszędzie te ogromne paprotki! I do tego ta urozmaicona droga!
    Wprost cudownie! Ochom i Achom nie było końca.

    Szliśmy, szliśmy, aż w końcu doszliśmy do znaku wskazującego na tunel. Już byliśmy bardzo blisko. I oczywiście bez problemu go znaleźliśmy. Z tej strony był przykryty roślinnością. I tak samo ponętny jak z tamtej strony..
    Buuu! I czemu nie mieliśmy tej przeklętej latarki? ;)

    Obiecaliśmy sobie, że szybko zakupimy ten niezbędny sprzęt i niezwłocznie tu wrócimy, żeby przejść się naszym Tunelkiem.
    I poszliśmy z powrotem, rzecz jasna już inną ścieżką, tą na którą wskazywał ten ostatni znak, czyli do głównej drogi.

    A przy głównej drodze wylądowaliśmy… tak “nieco” poniżej punktu, gdzie czekał na nas nasz pojazd. Mapa była nie do końca dokładna, więc trochę nieświadomi odległości (a tym bardziej wysokości) poczłapaliśmy pod górkę.

    Tym razem nie było tak miodowo. Nie dość, że droga wciąż pod górę, to jeszcze żar z nieba się tęgi lał i słońce radośnie przyświecało. Do tego, jak zawsze, nasze pokłady H2O zdążyły się skończyć, więc zaczynaliśmy cierpieć pomału na suchoty.
    Samochody przejeżdżały raz na jakiś czas. Zdesperowani nawet zamachaliśmy na kilka ale daliśmy sobie spokój, kiedy nas olały. Zatrzymała się za to taksówka. Pan chyba chciał zbić niezły biznes na nas, bo wymyślił sobie, że za 1 km pod górkę to on by chciał 10 Euro! No przewróciło mu się chyba w głowie od gorąca! A my Aż tak zmęczeni to nie byliśmy. Obśmialiśmy go więc, i z nowym pokładem sił, jakich nam pan niechcący dostarczył swoją propozycją, poszliśmy dalej.

    Szliśmy sobie i szliśmy. I szliśmy. Ledwo powłócząc nóżkami. Klnąc słodko pod nosem, a czasem i nie pod nosem. I w sumie to wcale nie słodko. Aż w końcu..

    Jeeest! Nasz samochodzik! Jest! Jest! Jest!

    Misio mój z wrażenia nawet nagrał Krótki Filmik O Odnalezieniu Parkingu. Pierwsze słowa to: “Tam (PIP) jest parking, (PIP) parking…”. Dokładnie nie cytuję, bo mi bloga ocenzurują ;)

    No, ale w końcu, zmęczeni aczkolwiek niepomiernie zadowoleni, rozsiedliśmy się w naszym pojeździe i pojechaliśmy w poszukiwaniu czegoś do picia :)



    Tags: , , , , , ,

  • Następnego dnia wstaliśmy skoro świt, pożyczyliśmy autko i ruszyliśmy na Objazd Wyspy Nr 2.

    Właściwie większość widzieliśmy już podczas pierwszej wycieczki, dlatego tym razem postanowiliśmy skupić się na szlakach pieszych, a jakby się nadarzyła taka okazja to zahaczyć również o miejsca, które ominęliśmy poprzednio. Chcieliśmy też przejazdem wstąpić do San Sebastian, żeby kupić sobie bilet na Prom.. na La Palmę tym razem ;)

    W moim cudownym przewodniku wypatrzyłam dwie ciekawe trasy. Pierwsza z nich to położone blisko nas, akurat na drodze do San Sebastian - Las Creces.

    Wyjechaliśmy wcześnie, więc wszędzie wokoło panowała cisza i spokój. Do tego słońce jeszcze nie prażyło zbyt mocno, a napewno nie robiło tego na naszej drodze, której większość przebyliśmy jadąc w chmurach.
    Zaparkowaliśmy na parkingu i weszliśmy na nasz Szlak.

    Las Creces - to jeden z najstarszych lasów na wyspie. I wchodząc do niego naprawdę się to czuje.
    Ogólnie atmosfera tego miejsca była niesamowita. Las pogrążony w półmroku, spływająca wszędzie mgła (tzn. chmury), wąska ścieżka, a wzdłuż niej wysokie, strasznie stare drzewa. Całe omurszałe, pokryte mchem, z gałęzi zwiesząją się długie liany i ogromne pajęczyny. Do tego pada z drzew!
    Więc idziesz sobie tą wąską ścieżką, wszędzie jest pusto i cicho, i ciemnawo. I czujesz się jak typowa bohater/ka horroru :)
    Super, naprawdę super!

    W ten sposób doszliśmy do polanki z drewnianymi stołami i grilami. Niestety w tej chwili są już nie używane, bowiem grilowanie tu zostało zabronione. A szkoda - bo miejsce przepiękne.

    Mieliśmy do wyboru: albo iść dalej jedną z kilku ścieżek, albo zawrócić. Zdecydowaliśmy się na to drugie, gdyż zależało nam by kupić ten bilet, a nie chcieliśmy żeby nam kasy pozamykali. Pospieszyliśmy zatem do samochodu.

    Jechaliśmy po bilety oczywiście na czuja, bo nigdzie nie było napisane w jakich godzinach otwarty jest punkt sprzedaży. I niestety nie trafiliśmy :) Nie zmartwiliśmy się tym zbytnio, bo przecież, jak stwierdziliśmy, “wszyscy na raz nie będą chcieli płynąć tym promem co my”. Po prostu pomyśleliśmy, że kupimy sobie bilet przed samą podróżą. A jak go nie dostaniemy - to już wtedy będziemy myśleć co dalej ;)

    I z tą myślą zawróciliśmy i podążyliśmy do szlaku Nr 2, czyli do lasów El Cedro.



    Tags: , , , , , ,

  • Wąską, żółtą drogą przejechaliśmy teraz w głąb wyspy, skręciliśmy przy Laguna Grande i po kilku kilometrach zatrzymaliśmy się na niewielkim parkingu, skąd rozpoczyna się szlak na najwyższy szczyt wyspy - Garajonay (1487 m).

    Wg znaku do celu mieliśmy 1,4 km. Byliśmy już na konkretnej wysokości, więc taka mała wspinaczka nie przeraziła nawet naszej kiepskiej kondycji. I nie zwlekając ruszyliśmy na szlak.

    A szlak piękny - wąską dróżka, wspinająca się raz stromiej, raz łagodniej, raz równiej, a raz schodkami. Na całej długości biegnąca przez cudownie pachnący, gęsty lasek. Trochę nas zmyliła w pewnym momencie, bo zaczęła iść w dół, ale na szczęście było to tylko chwilowe :) Co jakiś czas zaliczaliśmy krótkie przystanki i sesje zdjęciowe na niewielkich punktach widokowych.

    I w końcu sam szczyt.
    A sam szczyt jest taki płaski. Otoczony wokoło niskim kamiennym murkiem.

    A widok? Ten widok, to kolejna rzecz jaką trzeba zobaczyć na własne oczy.

    Bo jak opisać te piękne lasy i doliny w dole? Przepaście i delikatne stoki?

    Jak wyrazić jak to jest patrzeć na chmury, tak blisko, że prawie na wyciągnięcie ręki?

    I w końcu - jak uwiecznić w tekście widok sąsiednich wysp wokoło? Gdzie się nie obrócisz, tam widzisz inną. Z jednej Teneryfa w całej okazałości. Głowa w prawo - a tu już płaskie El Hierro nieśmiało zza chmurek się wyłania. Jeszcze dalej w prawo? Tak - te dwie górki to nic innego jak La Palma.

    No, po prostu Fantastyczne! Z góry schodziliśmy jak zaczarowani!



    Tags: , , , , , , ,

  • Postanowiliśmy teraz udać się do mocno na mapie wyróżnionego miejsca, które zaintrygowało nas troszkę swoją nazwą - Juego de Bolas.

    Kanaryjczycy lubią tworzyć takie muzea, często również na świeżym powietrzu, gdzie gromadzą pamiątki i znaleziska z dawnych czasów, które wskazują na ich pochodzenie itp. I to było takie właśnie coś - miejsce, gdzie można dowiedzieć się co nieco o powstaniu wyspy, poznać legendę dotyczącą nazwy Garajonay, zobaczyć jak kiedyś chowano zmarłych, czy też jak dawniej wyglądały domy mieszkalne.

    A na zewnątrz? Z zewnątrz otoczone klombami kwiatów, a im dalej w głąb tym coraz różniejsze rzeczy - stare piece i inne niewiadomego zastosowania :) Nawet poletko ze strachem na wróble (raczej nie z przed 100 i więcej lat :D ). No i ten strach to w zasadzie nie na wróble, ale na zające :)

    Po schodkach w górę i jesteśmy na miradorze, skąd jak zawsze możemy podziwiać śliczne widoczki. I te wielkie chmury kładące się ciężko na szczytach gór.
    A pod stópkami - uciekające jaszczurki :D

    Oczywiście, zabawiliśmy tam trochę czasu, nie zauważając nawet, że godziny otwarcia minęły. No i musieliśmy wydostawać się do zewnętrznego świata zamkniętą furtką* :)

    * furtka sięgała do kolan, więc nie było problemu ;)



    Tags: , , , , ,

  • krajobrazy 12.09.2008 No Comments

    Z położonego na wybrzeżu San Sebastian droga szybko powiodła nas w wysokie partie gór, tak że już po chwili mogliśmy rozkoszować się pięknymi widokami. Ostatnie zabudowania miasteczka zostały daleko za nami i jak okiem sięgnąć na żadne inne przed nami się nie zanosiło. Zostaliśmy sam na sam z przyrodą.

    Samo San Sebastian pozostawało widoczne jeszcze dość długo, i właściwie dopiero z tej perspektywy zobaczyliśmy, że jest ono położone w wąskim barranco ograniczonym stromymi, górskimi zboczami, po których - w ich łagodniejszych częściach, pną się w górę skupiska domków.

    Jak przystało na górską drogę, tak i ta była kręta i nie bardzo pozioma :) Co i rusz zza zakrętów wyłaniały sie nowe szczyty górskie, zbocza pokryte tarasami, gdzieniegdzie wyrastała palma. Jechaliśmy tak, mając po jednej stronie górę, po drugiej przepaść. Często korytarzami wyciętymi w skałach. Jednak największe “achy” i “ochy” były jeszcze przed nami :D
    Oto wjechaliśmy na teren Parku Narodowego (Garajonay). I otoczył nas las. Najprawdziwszy, zielony, gęsty las!

    Pewnie niektórzy pomyślą, że trochę mi się przewróciło w głowie, skoro zachwycam się lasem, ale dla wyjaśnienia - mieszkamy na wyspie, dość suchej wyspie, gdzie lasu trzeba szukać z lupą niemalże :) I stąd też taka nasza reakcja na taką ilość Zielonego :D

    Jechaliśmy więc drogą otoczoną lasem, przykrytą lasem, zieloną i żywą, pstrykając fotki na lewo i prawo, i prawie podskakując z radości na samochodowych siedzeniach. Ot - jak małe dzieciaczki - taka nas głupawka dopadła :)

    W końcu przyszedł czas zjechać z głównej drogi i skierować się do Celu naszej podróży. Z żalem pożegnaliśmy pachnące lasy i ruszyliśmy spiralkami w dół, ku leżącej tam dolince. Spoza kolejnych zakrętów wyłaniały się coraz to nowe zabudowania i uprawy bananów (z bananami rzecz jasna!).

    Jednak największe wrażenie zrobił chyba na mnie widok Kościoła. Kościoła, który stoi.. na zakręcie. Dodam, że zakręt jest prawie 360 stopni, do tego spory spadek ulicy. Po prostu zakręt-patelnia (takie wąskie “U”) i w środku tego Kościół. I nic więcej. No szok! :D A to wszystko oczywiście na dość jeszcze znacznej wysokości.
    Widok jest czaderski :D

    I tak - pełni nowych wrażeń, nowych widoków zajechaliśmy w końcu do dolinki Valle Gran Rey.



    Tags: , , , , , , ,

  • Nie była to pierwsza wyspa, którą widziałam - w końcu na jednej z nich mieszkam :) , a jednak ten widok mnie nieco zadziwił. Wielka łysa góra pływająca po oceanie.
    Być może dlatego, że wszystkie poprzednie były nieco większe i zagospodarowane, i ciężko je było ogarnąć wzrokiem w całości :) .

    Tak dla uściślenia - naszą 2,5 godzinną podróż z Teneryfy odbyliśmy promem. Nawet nie bujało zbyt mocno, tak że obyło się bez choroby morskiej ;)

    Z pełnego morza skierowaliśmy się do portu w San Sebastian de la Gomera, jedynego miejsca w zasięgu wzroku, gdzie było widać jakieś zabudowania. Reszta była po prostu częściami wzniesień. Poznikały gdzieś wieżowce, markety, zatłoczone ulice wielkich (lub po prostu większych) miast, pozostawiając w zamian niskie, skromne domeczki i wąskie uliczki.
    Troszkę nas to zaskoczyło i zjechaliśmy z promu nieco zbaraniali :)

    Oczywiście, jak to zawsze my, nie mieliśmy zapewnionego noclegu, więc odłożyliśmy nasze zdziwione miny na bok i ruszyliśmy na poszukiwania. Przeszliśmy po San Sebastian, ale gdy nic nam się nie rzuciło w oczy postanowiliśmy poszukać szczęścia w może-bardziej-turystycznym-miejscu. Wybór padł na Valle Gran Rey.

    Zapakowaliśmy się więc do autka i… W Drogę!



    Tags: , , ,