Z Epiny pojechaliśmy dalej na północ. Nasza droga, wciąż kręta i coraz węższa, powoli zaczęła schodzić w dół. I, kiedy w końcu minęliśmy wszystkie upierdliwe roboty drogowe, w oddali zobaczyliśmy rozległą dolinę Vallehermoso, co w dosłownym tłumaczeniu znaczy ni mniej, ni więcej tylko: Piękna dolina.
Sama wioska Vallehermoso jest położona trochę w głębi lądu. Nie mogliśmy tam jednak znaleźć miejsca do zaparkowania, więc najpierw pojechaliśmy na wybrzeże, do miejsca, w którymś kiedyś podobno był port. Piszę “podobno” bo nie znalazłam kompletnie nic, co by na to wskazywało.
Jest tam niewielka zatoczka z obu stron ograniczona wysokimi skałami, natomiast całą linię nabrzeża zagospodarowano tworząc tam spory basenowy kompleks. Po lewej stronie na skalnym występie, trochę na uboczu wznosi się stary, niewielki zameczek Castillo del Mar. Do “wrót” dochodzi się takim kamiennym podestem z “balustradami” z grubego, białego sznura. I poza tym, że wszędzie ciągną się druty i inne takie, to wygląda nawet sympatycznie. Nie wiem, czy obecnie jest w jakiś sposób użytkowany, bo w czasie naszej tam bytności wszystko było zamknięte na amen.
Ale najpiękniejsze, jak dla mnie, co można było tam zobaczyć, to widok w stronę otwartego morza. Patrzysz przed siebie na zatoczkę, na pnące się po jej bokach stromo w górę skały, na tą błękitną wodę, i… na ogromną Teneryfę - całkiem na wprost ciebie. Nie wiadomo gdzie kończy się woda, a zaczyna niebo. I gdzieś tam, ponad warstwą chmur sterczy czubek Teide. No przepiękne. Można patrzeć godzinami!
Oczywiście aż tyle tam nie zabawiliśmy
Już niedługą chwilę później byliśmy z powrotem w Vallehermoso. Wioseczka taka niczego sobie, w środku zgrabny placyk. Gdzieś, kawałek pod górkę starawy kościółek (ciekawe jak te starsze paniusie tam się wspinają? Muszą mieć niezłe zacięcie
). Co poza tym? Interesujący plac zabaw dla dzieci, na którym oprócz zabawek w stylu chuśtawek i podobnych umieszczono wielkie siedzące na kamiennych ławkach figury Rodziców (być może mają sprawiać wrażenie nadzoru nad dziećmi), oraz w podobnym stylu figurki bawiących się dzieci (choć może to ja sobie je tak zinterpretowałam
).
W samym centrum znaleźliśmy sklepik z gomerskimi wyrobami, oczywiście ceny trzy razy wyższe niż normalnie, ale tak nas zafascynowało to mydło z banana, że aż musieliśmy je kupić. Teraz leży sobie grzecznie na szafce, jeszcze nie rozpakowane, więc nie wiem czy warto je polecać
Na pewno fajny gadżet na pamiątkę.
Po tym wszystkim postanowiliśmy ruszyć dalej. Ale, ale - nie tak proste się to okazało. Uliczek tam może i niezbyt wiele, za to tak oznaczone, a raczej nie oznaczone, że trzeba się nieźle nagłowić żeby wyjechać. I tak zmierzaliśmy do głównej drogi, a trafiliśmy na jakąś podrzędną, którą dojechaliśmy do zbiornika wodnego Encantadora, podobno największego na wyspie. Woda była mało przejrzysta, sterczały z niej bezlistne palmowe pnie, które wyglądały jak takie wielkie słupy, a po drugiej stronie pluskały sobie radośnie kaczuszki. Gdzieś w okolicy można zrobić sobie piknik, ale nie zapuszczaliśmy się aż tam.
Wsiedliśmy do samochodzika i już dobrą drogą pojechaliśmy dalej.