• Postanowiliśmy teraz udać się do mocno na mapie wyróżnionego miejsca, które zaintrygowało nas troszkę swoją nazwą - Juego de Bolas.

    Kanaryjczycy lubią tworzyć takie muzea, często również na świeżym powietrzu, gdzie gromadzą pamiątki i znaleziska z dawnych czasów, które wskazują na ich pochodzenie itp. I to było takie właśnie coś - miejsce, gdzie można dowiedzieć się co nieco o powstaniu wyspy, poznać legendę dotyczącą nazwy Garajonay, zobaczyć jak kiedyś chowano zmarłych, czy też jak dawniej wyglądały domy mieszkalne.

    A na zewnątrz? Z zewnątrz otoczone klombami kwiatów, a im dalej w głąb tym coraz różniejsze rzeczy - stare piece i inne niewiadomego zastosowania :) Nawet poletko ze strachem na wróble (raczej nie z przed 100 i więcej lat :D ). No i ten strach to w zasadzie nie na wróble, ale na zające :)

    Po schodkach w górę i jesteśmy na miradorze, skąd jak zawsze możemy podziwiać śliczne widoczki. I te wielkie chmury kładące się ciężko na szczytach gór.
    A pod stópkami - uciekające jaszczurki :D

    Oczywiście, zabawiliśmy tam trochę czasu, nie zauważając nawet, że godziny otwarcia minęły. No i musieliśmy wydostawać się do zewnętrznego świata zamkniętą furtką* :)

    * furtka sięgała do kolan, więc nie było problemu ;)



    Tags: , , , , ,

  • Następny przystanek to Agulo, wioska również na północnym wybrzeżu, ale już bardziej po wschodniej stronie wyspy. Jak wszystkie mieścinki - niewielka, za to ma prześliczne wąskie uliczki, szczególnie w rejonie tzw. starego miasta.

    W jednej z nich po bokach umieszczone są takie okwiecone altanki z ławkami w środku. Trochę wygląda to jak przystanek autobusowy, tyle że ławki nie w tą stronę, no i styl nieco odmienny :) I w jednej z takich altanek, pomiędzy ławeczkami siedziała sobie Jaszczurka.

    Jaszczurki to taki nasz mały konik, więc jak i każda napotkana wcześniej (i później), tak i ta stała się naszym głównym obiektem do fotografowania :)

    Jaszczurka siedziała sobie grzecznie na chodniczku, na takiej niewielkiej plamce czegoś, co z zapałem zjadała. Może nie będę opisywać z czym mi się to skojarzyło (Blee), i czym najprawdopodobniej było (Ble ble bleeee). U nas wiele miejsc jest często tak “ozdobionych”, szczególnie po zabawowych weekendach ;)

    Za to zaczęliśmy się zastanawiać czymże się żywią jaszczurki? Rzecz jasna - poza tym co wiedzieliśmy że jedzą. Nooo, to co widzieliśmy nie wyglądało na bardzo zachęcającą dietkę ;) Ale na szczęście nie obrzydziło nas to wcale a wcale i nadal chętnie byśmy taką sobie jaszczurę pohodowali :)

    Oczywiście w Agulo widzieliśmy też co nieco poza tym nieszczęsnym stworzonkiem ;) . Tak więc w wioseczce, i naokoło niej pełno jest upraw bananowych i ogólnie cytrusowych. Ja uwielbiam banany, więc widok tych wiszących ogromnych kiści sprawia, że trochę mi odbija ;)

    Jest oczywiście też kościół - jak wszędzie. Ale, choć pewnie niektórzy mnie teraz przeklną, nie wydaje mi się, żeby było to najbardziej interesujące miejsca na Ziemi, więc ominę tu jego opis. Rozumiem zobaczyć jeden, dwa. Ale dziesiątki kościołów? W sumie każdy wygląda podobnie ;)

    No dobrze, podpadłam już chyba komu się dało, więc czas opuścić Agulo i pojechać do następnego miejsca :)

    PS. I niech was do Agulo mój post nie zrazi. Naprawdę jest tam przesympatycznie! :D



    Tags: , , , ,

  • Z Epiny pojechaliśmy dalej na północ. Nasza droga, wciąż kręta i coraz węższa, powoli zaczęła schodzić w dół. I, kiedy w końcu minęliśmy wszystkie upierdliwe roboty drogowe, w oddali zobaczyliśmy rozległą dolinę Vallehermoso, co w dosłownym tłumaczeniu znaczy ni mniej, ni więcej tylko: Piękna dolina.

    Sama wioska Vallehermoso jest położona trochę w głębi lądu. Nie mogliśmy tam jednak znaleźć miejsca do zaparkowania, więc najpierw pojechaliśmy na wybrzeże, do miejsca, w którymś kiedyś podobno był port. Piszę “podobno” bo nie znalazłam kompletnie nic, co by na to wskazywało.

    Jest tam niewielka zatoczka z obu stron ograniczona wysokimi skałami, natomiast całą linię nabrzeża zagospodarowano tworząc tam spory basenowy kompleks. Po lewej stronie na skalnym występie, trochę na uboczu wznosi się stary, niewielki zameczek Castillo del Mar. Do “wrót” dochodzi się takim kamiennym podestem z “balustradami” z grubego, białego sznura. I poza tym, że wszędzie ciągną się druty i inne takie, to wygląda nawet sympatycznie. Nie wiem, czy obecnie jest w jakiś sposób użytkowany, bo w czasie naszej tam bytności wszystko było zamknięte na amen.

    Ale najpiękniejsze, jak dla mnie, co można było tam zobaczyć, to widok w stronę otwartego morza. Patrzysz przed siebie na zatoczkę, na pnące się po jej bokach stromo w górę skały, na tą błękitną wodę, i… na ogromną Teneryfę - całkiem na wprost ciebie. Nie wiadomo gdzie kończy się woda, a zaczyna niebo. I gdzieś tam, ponad warstwą chmur sterczy czubek Teide. No przepiękne. Można patrzeć godzinami!

    Oczywiście aż tyle tam nie zabawiliśmy :) Już niedługą chwilę później byliśmy z powrotem w Vallehermoso. Wioseczka taka niczego sobie, w środku zgrabny placyk. Gdzieś, kawałek pod górkę starawy kościółek (ciekawe jak te starsze paniusie tam się wspinają? Muszą mieć niezłe zacięcie ;) ). Co poza tym? Interesujący plac zabaw dla dzieci, na którym oprócz zabawek w stylu chuśtawek i podobnych umieszczono wielkie siedzące na kamiennych ławkach figury Rodziców (być może mają sprawiać wrażenie nadzoru nad dziećmi), oraz w  podobnym stylu figurki bawiących się dzieci (choć może to ja sobie je tak zinterpretowałam ;) ).

    W samym centrum znaleźliśmy sklepik z gomerskimi wyrobami, oczywiście ceny trzy razy wyższe niż normalnie, ale tak nas zafascynowało to mydło z banana, że aż musieliśmy je kupić. Teraz leży sobie grzecznie na szafce, jeszcze nie rozpakowane, więc nie wiem czy warto je polecać ;) Na pewno fajny gadżet na pamiątkę.

    Po tym wszystkim postanowiliśmy ruszyć dalej. Ale, ale - nie tak proste się to okazało. Uliczek tam może i niezbyt wiele, za to tak oznaczone, a raczej nie oznaczone, że trzeba się nieźle nagłowić żeby wyjechać. I tak zmierzaliśmy do głównej drogi, a trafiliśmy na jakąś podrzędną, którą dojechaliśmy do zbiornika wodnego Encantadora, podobno największego na wyspie. Woda była mało przejrzysta, sterczały z niej bezlistne palmowe pnie, które wyglądały jak takie wielkie słupy, a po drugiej stronie pluskały sobie radośnie kaczuszki. Gdzieś w okolicy można zrobić sobie piknik, ale nie zapuszczaliśmy się aż tam.

    Wsiedliśmy do samochodzika i już dobrą drogą pojechaliśmy dalej.



    Tags: , , , , , , , ,

  • Wyjeżdżając z Valle Gran Rey skierowaliśmy się na zachód (i rzecz jasna w kierunku północnym) i już za chwilkę dotarliśmy do pierwszego miejsca z naszego super-przewodnika (nie nabijam się z niego - naprawdę jest Zajebisty :) ), czyli do Chorros de Epina.

    Zatrzymaliśmy się na parkingu i zeszliśmy dróżką w dół. Najpierw trafiliśmy na placyk z niewielkim kościółkiem. Standardowo, jak to w hiszpańskich wioseczkach - malutki, prosty, skromny i zamknięty :) . Dalej w dół i doszliśmy do poszukiwanego przez nas miejsca.

    Chorros de Epina można opisać w dwóch słowach - siedem rurek wystających ze skały, z których skrapla się woda :) Oczywiście to bardzo ważne rurki, i bardzo ważne miejsce. Związane z tym są gomerskie przesądy.

    I tak: jak chcesz znaleźć prawdziwą miłość to, jeśli jesteś kobietą, musisz napić się wody z rurek parzystych (od lewej), a jeśli mężczyzną to z nieparzystych. Jak chcesz zostać wiedźmą to napij się z tych co faceci. A jak napijesz się ze wszystkich po kolei to do końca roku wyjdziesz za mąż/ożenisz się.

    Najgorsze jest to, że tablica informacyjna sama sobie zaprzecza i raz podaje, że trzeba pić z rurek parzystych, a raz (w tym samym przypadku) że z nieparzystych. I w końcu nie wiadomo co i jak. A niedopatrzenie jednak dosyć poważne - bo chcesz znaleźć swoją miłość, a tu przez błąd w tekście niechcący zostaniesz czarownicą! ;)

    Samo korytko z rurkami jest otoczone wspaniałym, pachnącym lasem, a obok niego znajduje się także kilka drewnianych stołów. Atmosfera jest wybitnie piknikowa!

    My nie mieliśmy w planach grilowania, więc po nacieszeniu oczu lasem i widokami na poniższe dolinki ruszyliśmy dalej.



    Tags: , , , , , ,

  • Trochę się rozpisałam o tej jednej dolince, czas już chyba więc opowiedzieć co nieco o innych miejscach. Na wyspie byliśmy dni osiem, więc i naszych poznawczych wypraw nie było wiele, ale jak na tak małą powierzchnię wystarczająco dużo, żeby zobaczyć to co najważniejsze, a nawet jeszcze więcej ;)

    Po wyspie nie sposób poruszać się bez jakiegokolwiek środka lokomocji. No i na szczęście nie ma problemu, żeby jakiś skombinować. Nasz pojazd był cokolwiek niesprawny, jeśli chodzi o jazdę po górach, więc nie chcieliśmy go męczyć i przez te wszystkie dni wypoczywał on grzecznie zaparkowany. Sami poszliśmy na poszukiwania czegoś w zamian.

    Pierwszym pomysłem były rowerki. Wszystko pięknie, ale ciężko było ocenić, szczególnie moje, szanse na wjechanie te 1000 metrów pod górkę. Niestety kondycja nasza pozostawia wiele do życzenia po ostatnich latach ślęczenia przed komputerem ;) Tak więc, po rozpatrzeniu wszelkich Za i Przeciw zdecydowaliśmy się jednak na pojazd czterokołowy.

    Na nasze szczęście doskonale rozwiązano tu sprawę wypożyczalni samochodów, gdzie ku naszej radości nie potrzeba było przedstawiać karty kredytowej (co zawsze dyskwalifikowało nas z grona osób wypożyczających :( ) . Jednym słowem, bez problemów pożyczyliśmy samochodzik i wyruszyliśmy poznawać okolicę.

    Takich całodniowych wycieczek było dwie, a w trakcie każdej z nich odwiedziliśmy mnóstwo miejsc. Myślę, że nikomu nie chciałoby się czytać tych moich opisów zajmujących pewnie po trzy strony tekstu, więc wszystko co widziałam opiszę w kolejnych - krótszych i osobnych postach :)

    A więc - Ruszamy!



    Tags: , , , , , , ,

  • Powyżej Valle Gran Rey, w zasadzie na drodze wyjazdowej ku centrum wyspy jest taki dość szeroki i długi zakręt. Taka patelnia, 360 stopni. Do tego na wygięciu rozszerzający się płynnie ku zewnętrznej i tworzący tam niewielką zatoczkę. Nie wiem, czemu komuś to się skojarzyło z serem (może od kształtu takiego serowego trójkącika??), no ale zakręt ten został nazwany właśnie Curva de Queso (serowy zakręt).

    Z powodów oczywistych, o których raczej nie muszę mówić, strasznie nas ta nazwa rozbawiała :D

    PS. A wogóle to jak to jest, że w większości języków “curva” oznacza zakręt, a w polskim jest przecinkiem? ;)



    Tags: , , , ,

  • Jak to jest w naszym zwyczaju, zaraz po wrzuceniu bagaży do pokoju ruszyliśmy na Rozeznanie Terenu. Zresztą mieliśmy i Cel tego spaceru, jakim było znalezienie Bankomatu.

    W normalnym miejscu żaden to problem - tu troszkę inaczej. Otóż w całej dolince są całe TRZY bankomaty. Zadziwiające, nieprawdaż? ;) Każdy z nich rzecz jasna z innej strony, a ten najbliżej nas podobno połykał karty, więc z oczywistych powodów go nie odwiedziliśmy :)

    Poszukiwania zakończyły się sukcesem i radośnie wracaliśmy na naszą La Playę, by oddać się przyjemności Jedzenia.

    I w tym miejscu taka mała dygresja - pozornie od czapy :) . Na co dzień mieszkamy na sąsiedniej wyspie - Gran Canarii, pewnie najlepiej kojarzonej z jej turystycznymi miasteczkami: Maspalomas, Playa del Ingles.. Dobra, tyle wystarczy :) Koniec dygresji.

    Więc wracamy sobie, mijamy Casa Maria i widzimy na “rozjeździe” Drogowskaz wskazujący na… Playa del Ingles. Deja vu? ;)

    I wtedy poczuliśmy sie jak w domu :D



    Tags: , , , , ,

  • Valle Gran Rey w rzeczywistości określa całą dolinkę, w której wydzielono kilka odrębnych części-wioseczek. Dla mnie i tak stanowiło jedną całość, bo zbyt mały to obszar i zbyt zwarty by go rozdzielać. No i wszystko w podobnym klimacie - takiej rybackiej osady.

    Tak więc najbardziej po zachodniej stronie mamy kompleks La Playa, z małą spacerową promenadką z rzędem lokalnych knajpek i usługowych sklepików, ciemno-piaszczystą plażą oraz maleńkim placykiem-ryneczekiem, z jeszcze mniejszą kapliczką (chyba na 1 osobę, budynek transformatora obok był dwukrotnie większy :) ). No a w centralnej części stoi najważniejszy budynek, czyli oczywiście Casa Maria ;)

    Idąc dalej linią wybrzeża dotrzemy do następnego skupiska domków, zwanych La Puntilla. W zasadzie to jedna ulica z kilkoma budynkami, głównie restauracyjki i sklepiki ze wszystkim.

    Kilka kroków naprzód i już jesteśmy w Charco del Conde. Jest tu sympatyczny spacerowy deptak i taka śmieszna zatoczka kąpielowa, która podczas odpływu staje się takim odrębnym odgrodzonym od morza płytkim basenikiem. Oczywiście apartamenty i knajpki, ale o tym to chyba nie trzeba wspominać :)

    Koniec deptaka i kolejna osadka. Vueltas. Tu znajduje się jeden z portów wyspy. Nie zawijają tu największe statki ;) , ale bez problemu można stąd popłynąć w inne miejsca na wyspie, no i pośrednio nawet na Teneryfę.

    Trochę w głąb wyspy i dotrzemy do Borbalanu - miejsca trochę bardziej ukierunkowanego na mieszkańców niż na turystów :) Mamy markety, pocztę, budynki mieszkalne etc.

    Przy drodze wyjazdowej, już na nieco większej wysokości, kolejne skupisko budynków i La Calera.

    A pomiędzy zabudowaniami uprawy, uprawy, uprawy. Głównie banany. A bananów jest mnóstwo. Wiszą całymi kiściami. I do tego wcale nie poogradzane! (Dziwne że jeszcze wiszą - może dlatego że były jeszcze zielone ;) )

    Ogólnie całość sprawia całkiem miłe wrażenie. Jest sympatycznie i wakacyjnie.



    Tags: , , , , , , , , , ,

  • Zaparkowaliśmy autko (jak już znaleźliśmy miejsce..) i ruszyliśmy na Poszukiwania. Dodam może, że była to niedziela wieczór, więc wiadomo jak to w niedzielę - wszystko pozamykane :) Co więcej - okazało się, że w najbliższych dniach szykuje się jakaś ichniejsza Fiesta, no a w związku z tym spodziewano się nagłego napływu dużej ilości fiestowiczów i gro łóżek było już porezerwowane. Chodziliśmy więc tak gdzie popadnie, na chybił-trafił, pytając się tu i ówdzie o miejsce do spania.

    Najpierw trafiliśmy na hotel. Ale patrząc na niego, ciężko było odgadnąć, czy on dopiero się buduje, czy ma remont, czy też przyjmuje gości. W sumie wszystko jedno, bo okazał się być zamknięty (kilka dni później okazało się, że jest jednak czynny, tylko wchodzi się do niego jakimiś zakamarkami).

    Poszliśmy zatem na promenadkę, popytać się w barach, czy nie wiedzą o czymś do wynajęcia. Zresztą i nad każdym z nich były pokoiki. Niestety głównie pozajmowane ;/

    No, ale w ten właśnie sposób trafiliśmy na.. Casa Maria - “najlepszy lokal w mieście” :) W zasadzie zasługuje on na osobny rozdział, ale pozostawię go już tutaj :D

    Skierowaliśmy się zatem do tego domu. Dom jak dom, na dole barek, na górze pokoje. Wchodzimy, szukamy jakiegoś właściciela - Nic. W końcu zainteresował nas odgłos telewizora. Tak - nie pomyliliśmy się. Przed telewizorem słodko drzemała sobie starsza babcia. Głupio było tak ją budzić, ale co zrobić? Pochrząkaliśmy trochę i babcia otwarła oczęta. Ustaliliśmy, że pokoik się znajdzie, no i cenę również (tanio jak barszcz!), i poszliśmy obejrzeć nasze przyszłe 4 ściany.

    Maleńki pokoik i łazienka. Niby wszystko okey, ale.. Nie będę narzekać na obdrapane ściany, bo daleko mi do księżniczki, która musi spać w najlepszych pałacach, ale ta zardzewiała umywalka i ogólny syf i brud w łazience co nieco mnie hmm.. zniesmaczyły. Do tego wyjście na taras - tylko otworzyliśmy drzwi, a już w ręku został nam kawałek framugi.. :)

    No ale z braku laku lepsze to niż nic. Lekko zszokowani oddaliśmy babci klucze i poszliśmy po nasze tobołki.

    Po drodze, ot tak dla świętego spokoju, zahaczyliśmy jeszcze o kilka bungalowów rozpytując o wolny pokoik, i ostatecznie na pierwsze cztery dni zakwaterowaliśmy się w, jak się wydawało - bardziej sprzyjających warunkach.

    Przyznaję jednak, że troszkę było nam głupio względem babci i do końca pobytu z daleka obchodziliśmy ten sławetny dom.

    Co do Casa Maria to, jak się doczytaliśmy, jest to najstarszy “hotelik” w miasteczku, jeszcze z przed czasów turystycznych (wystrój i wyposażenie chyba też pozostało z tamtego czasu w niezmienionej formie :) ), a zawiaduje nim nadal i nieprzerwanie pani Maria (czyli nasza babuleńka).



    Tags: , , , ,

  • krajobrazy 12.09.2008 No Comments

    Z położonego na wybrzeżu San Sebastian droga szybko powiodła nas w wysokie partie gór, tak że już po chwili mogliśmy rozkoszować się pięknymi widokami. Ostatnie zabudowania miasteczka zostały daleko za nami i jak okiem sięgnąć na żadne inne przed nami się nie zanosiło. Zostaliśmy sam na sam z przyrodą.

    Samo San Sebastian pozostawało widoczne jeszcze dość długo, i właściwie dopiero z tej perspektywy zobaczyliśmy, że jest ono położone w wąskim barranco ograniczonym stromymi, górskimi zboczami, po których - w ich łagodniejszych częściach, pną się w górę skupiska domków.

    Jak przystało na górską drogę, tak i ta była kręta i nie bardzo pozioma :) Co i rusz zza zakrętów wyłaniały sie nowe szczyty górskie, zbocza pokryte tarasami, gdzieniegdzie wyrastała palma. Jechaliśmy tak, mając po jednej stronie górę, po drugiej przepaść. Często korytarzami wyciętymi w skałach. Jednak największe “achy” i “ochy” były jeszcze przed nami :D
    Oto wjechaliśmy na teren Parku Narodowego (Garajonay). I otoczył nas las. Najprawdziwszy, zielony, gęsty las!

    Pewnie niektórzy pomyślą, że trochę mi się przewróciło w głowie, skoro zachwycam się lasem, ale dla wyjaśnienia - mieszkamy na wyspie, dość suchej wyspie, gdzie lasu trzeba szukać z lupą niemalże :) I stąd też taka nasza reakcja na taką ilość Zielonego :D

    Jechaliśmy więc drogą otoczoną lasem, przykrytą lasem, zieloną i żywą, pstrykając fotki na lewo i prawo, i prawie podskakując z radości na samochodowych siedzeniach. Ot - jak małe dzieciaczki - taka nas głupawka dopadła :)

    W końcu przyszedł czas zjechać z głównej drogi i skierować się do Celu naszej podróży. Z żalem pożegnaliśmy pachnące lasy i ruszyliśmy spiralkami w dół, ku leżącej tam dolince. Spoza kolejnych zakrętów wyłaniały się coraz to nowe zabudowania i uprawy bananów (z bananami rzecz jasna!).

    Jednak największe wrażenie zrobił chyba na mnie widok Kościoła. Kościoła, który stoi.. na zakręcie. Dodam, że zakręt jest prawie 360 stopni, do tego spory spadek ulicy. Po prostu zakręt-patelnia (takie wąskie “U”) i w środku tego Kościół. I nic więcej. No szok! :D A to wszystko oczywiście na dość jeszcze znacznej wysokości.
    Widok jest czaderski :D

    I tak - pełni nowych wrażeń, nowych widoków zajechaliśmy w końcu do dolinki Valle Gran Rey.



    Tags: , , , , , , ,