Było już całkiem późno. Nic nie jedliśmy od śniadania, które też nie było zbyt wielkie, więc byliśmy już całkiem głodni. Nawet woda nam się skończyła, a niestety na terenie parku nie wymyślili jeszcze żadnego barku dla strudzonych turystów
W planie tej wyprawy mieliśmy jeszcze południe wyspy, więc szybciutko wpakowaliśmy się w samochód i ruszyliśmy w drogę - najpierw w kierunku Playa de Santiago. Oczywiście ja z nosem w mapie wypatrzyłam po drodze coś interesującego, gorąco przez mapkę polecanego, co bezwłocznie włączyłam do naszego programu wycieczkowego.
Atrakcja zwała się El Drago - a przedstawiać sobą miała bardzo starą dracenę, podobno jedyną na wyspie, ale głowy nie dam że ona taka jedyna
Po tym całym dniu podróżowania, po wspinaczkach i upale byliśmy już trochę zmęczeni, i mąż mój to nie bardzo chętnie się przychylał do mojego pomysłu. Ale zapewniłam go, że droga jest krótka i szybciutko, bez trudu to drzewko sobie obejrzymy. No bo “przecież pewnie już nie będziemy w tej okolicy i nie będzie innej sposobności go zobaczyć”.
Nie ma to jak zaufać mapie. Droga na niej wyglądała jakby miała kilka metrów zaledwie, zapowiadał się więc miły spacerek. No, zapowiadał się..
Zaparkowaliśmy przy drodze, na specjalnym parkingu i poszliśmy za znakiem. Droga, a właściwie ścieżka, zbudowana z kamyczków, wąska. Na całej jej długości, po obu jej bokach ciągnął się niski, kamienny murek. Czasem trochę stopni, czasem dosyć płasko. Ruszyliśmy.
Trochę nas zdziwił fakt, że szła ona w dół, ale nie zważaliśmy na to. Szukaliśmy za to cały czas, gdzie ta dracena wielka jest. Nijak nie było jej w zasiągu wzroku.
Po jakimś czasie zauważyliśmy idących z przeciwka turystów, którzy co jakiś czas sobie przysiadali. Pośmieliśmy się z nich, że pewnie bez kondycji, Mąż mój nawet zażartował, że wyglądają nieco jak zombie
I tak śmiejąc się poczłapaliśmy dalej.
Ale z chwili na chwilę przestawało być tak zabawnie. Szliśmy już dłuższą chwilę, ciągle w dół, a draceny jak nie było - tak i jej dalej widać nie było. Już chyba wtedy jakimś siódmym zmysłem przeczuliśmy jak to będzie..
Doszliśmy do rozstaju dróg. Jedna wiodła w dół - do draceny, druga - w bok, na taki mirador. No, byliśmy już wydawało by się tak daleko, a raczej nie zwykliśmy zawracać z połowy drogi. Ale przystanęliśmy na chwilę by przemyśleć co dalej robić.
Nagle mąż mój mnie woła i mówi - Ty, ale ta dracena to chyba nie jest TO? I pokazuje palcem w dół. Patrzymy, a tu daleeeeeeeeekooooo, daleeeeeekoooo w dole, gdzieś prawie na dnie doliny widać taką dużą koronę drzewa.
Nogi się pode mną ugięły
Ale Twardym trzeba być, nie miętkim. Uparłam się że zobaczę to przeklęte drzewo, to je zobaczę! I jak postanowiłam, tak też zrobiłam. Mężuś porzucił mnie na miradorze. Bidulek i tak ledwo chodził, bo miał okropnego odciska na stópce
Więc poszłam. Szłam, szłam. Szłam i szłam. Co jakiś czas przystawałam zastanawiając się czy naprawdę warto? Już nie mówiąc o tym, że cały czas dusiłam w sobie pytanie: Jak ja się wdrapię z powrotem?
Ale szłam sobie, drzewo zaczęło się powiększać, przybliżać. I w końcu Doszłam.
Cholerne drzewo, też mi się zachciało drzewa oglądać. Jakbym draceny w życiu nie widziała. Sama nie wiem czy warto było czy nie. No duże drzewo, może większe niż inne, duża rozpięta korona. I całe ogrodzone jakimś zardzewiałym parkanem. I do tego nie było nawet budki z Colą!
Postałam minutkę, zrobiłam fotkę, odwróciłam się i zerknęłam na drogę powrotną. Hm.. nie zapowiadało się różowo. No, ale przecież nie zostanę tam na dole, więc chcąc nie chcąc ruszyłam nogami w górę.
Nie, nie będę przytaczać jakie słowa mi przychodziły do głowy i jakie przekleństwa rzucałam pod adresem tej cholernej draceny i tych przeklętych gomerczyków, którzy nie mogli znaleźć jakiegoś innego miejsca, żeby sobie posadzić drzewo. Grunt, że w końcu, po wielkich trudach dotarłam do miradora, gdzie odebrałam mężulka i już razem popełzliśmy na samą górę. Już teraz razem na głos wyklinając to (tu wstaw odpowiedni epitet) Drzewo.
A najgorsze z tego było to, że w samochodziku nie czekała na nas nawet kropelka wody 